Autor Wątek: Historia Moniki  (Przeczytany 2355 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline hurri

  • Nowy użytkownik
  • *
  • Wiadomości: 5
  • Płeć: Kobieta
Historia Moniki
« dnia: Styczeń 02, 2012, 14:16:12 »
Chcę Wam opowiedzieć historię o mojej fobii i moim nieszczęściu. Piszę to nie dlatego że, jest mi bardzo źle i chcę się w jakiś sposób wyżalić, ten etap mam już za sobą, ale dlatego, że czuję, że jestem u kresu fobii społecznej i tylko ode mnie już zależy, czy wyjdę z niej całkowicie-pisanie tutaj pomoże mi wytrwać w tym stanie, bo wiem, że na tym forum są osoby, które przez to przeszły bądź przechodzą i mogę liczyć na Wasze wsparcie (choć się nie znamy...) i jeśli będę miała gorsze momenty będzie ktoś, kto mnie zrozumie. Może moja historia będzie przypominać czyjąś, może ktoś odnajdzie wsparcie w moich słowach-nie robię tego tylko dla siebie.



To będzie długa historia-uprzedzam-gdyż pojawią się wszystkie wydarzenia i sytuacje, które pamiętam i które miały wpływ na to, że nieśmiałość zamieniła się w nerwicę lękową.




Przyczyn nieśmiałości i fobii należy szukać w dzieciństwie-w kontaktach z innymi ludźmi. Na razie nie będę się skupiać na powodach, które wynikają z wczesnego dzieciństwa, z pierwszych kontaktów, jakie dziecko nabywa na tym świecie, dzięki rodzicom i rodzinie-dojdę do tego w swoim czasie.
Mój pierwszy kontakt z rówieśnikami (który pamiętam) wspominam bardzo pozytywnie. Nie chodziłam jeszcze do szkoły ani zerówki. Gdy byłam mała bawiłam się wraz z bratem w grupie sąsiadów. Czułam się bardzo dobrze wśród nich, mimo że nie byłam najważniejsza w tej grupie, raczej mało się udzielałam,ale czułam, że należę do tej grupy, że jestem akceptowana, nawet z tym faktem, że jestem małomówna i nieśmiała.



Potem pojawiło się pierwsze życiowe wyzwanie-zerówka-tu musiałam po raz pierwszy zmierzyć się samodzielnie z obcym światem. Myślę, że i tu nie było najgorzej, byłam nieśmiałą osóbką, nie potrafiłam porozumieć się ze wszystkimi w grupie, ale miałam kilka osób, z którymi utrzymywałam kontakt i to mi wystarczało. Nadal byłam szczęśliwym dzieckiem, które praktycznie niczego złego nie zaznało od ludzi, było tylko nieśmiałe, lecz to w niczym nie przeszkadzało.

Sytuacja zmieniła się, gdy poszłam do podstawówki. Trafiłam do klasy, która wcześniej stanowiła grupę zerówkową i ja byłam nowa- sytuacja, w której pojawiam się wśród grupy, która się wcześniej znała, od tej pory już zawsze będzie mnie przerażać. Nie pamiętam tego dokładanie, ale z opowieści mamy wynika, że po pierwszych dniach w nowej szkole wracałam do domu z płaczem, bo nie potrafiłam się odnaleźć, byłam samotna i niestety żadne dziecko nie chciało ze mną nawiązać więzi, a sama tego nie potrafiłam, szczególnie, gdy znalazłam się w grupie, która wcześniej się znała. Interwencja mamy sprawiła, że wychowawczyni postarała się, bym się zintegrowała z klasą i rzeczywiście-przy niewielkiej pomocy zyskałam koleżankę, miałam z kim utrzymywać kontakt i czułam się szczęśliwa. Tak było praktycznie przez resztę podstawówki, a może nawet i lepiej, bo udało mi się zyskać większą grupę przyjaciół-i ten kontakt z rówieśnikami wspominam najmilej z prawie całego swojego życia. Byłam w grupie, która mnie akceptowała, z którą świetnie się czułam, a co ciekawe wśród nich stawałam się osobą niekoniecznie stojącą z boku, która czeka tylko na uwagę innych, potrafiłam sama o nią zabiegać, tak, że stawałam się prawie najważniejsza wśród nich. Nigdy nie zapomnę jak po okresie mojej choroby mówili " Monika, ale bez ciebie było nudno...". To bardzo ciekawe, że z nieśmiałej osoby, potrafiłam wyjść na takie wyżyny uwagi innych i świetnie się z tym czuć, nawet mimo tego, że byłam chudziutka(a to bardzo mi przeszkadzało w życiu, ile się nasłuchałam na ten temat, tyle niemiłych rzeczy, które potem wpłynęły na moją samoocenę, a tym samym i na kontakty z ludźmi) i że bardzo źle wyglądałam (źle dobrane okulary i ubrania).




Znów wszystko w moim świecie wyglądało dobrze, aż do wakacji pomiędzy 5 a 6 klasą podstawówki...Postanowiłam, że pojadę na kolonię nad morze-bardzo chciałam jechać sama i też bardzo liczyłam na zdobycie nowych kontaktów. Przed kolonią zupełnie przez przypadek, przez internet poznałam dziewczynę, która również wybierała się na tę kolonię, nie znałyśmy się wcześniej, ale dobrze nam się pisało przez internet i bardzo się cieszyłam, że już kogoś znam i że tym bardziej będę się dobrze bawić. Tak się jednak nie stało, ta kolonia okazała się doświadczeniem, które wywołało u mnie dużą traumę. Nad morze jechaliśmy pociągiem, w związku z tym, że mieszkam na południu podróż trwała bardzo długo- wsiadłam do pociągu, zajęłam miejsce w przedziale, ale miejsca obok mnie zajęła wychowawczyni kolonijna i jej starsza córka- niestety nie kwapiły się do tego, by mnie w jakiś sposób zagadać, poznać,a ja nie miałam tyle odwagi, by zagadywać starsze osoby, a i wychodziły często zostawiając mnie samą, oczywiście cały pociąg był bardzo wesoły-mnóstwo dzieci, które świetnie zaczęły się integrować, widziałam jak biegają po korytarzu, jak dobrze się bawią-a ja siedziałam sama. Może spytacie czemu nie próbowałam wyjść, zagadać, poznać kogoś- akurat ten powód znacie bardzo dobrze-strach. Bałam się, bo widziałam, że ludzie zdążyli się zintegrować, a ja w taką grupę nie potrafiłam się wbić... Mając świadomość, że inni potrafią się zakolegować, a ja nie, czułam się okropnie. Ale zaraz,zaraz wspominałam o koleżance z internetu- otóż miałam okazję ją "poznać". Ludzie ganiający po korytarzu czasami zaglądali do mojego przedziału, ale nie próbowali mnie zagadywać- w pewnym momencie właśnie w takiej sytuacji pojawiła się owa koleżanka, w towarzystwie- poznałam ją (już nie wiem po czym, bo nie jestem pewna czy przesyłałyśmy sobie swoje zdjęcia...), wiedziałam, że to ona, pamiętam tylko jej pogardliwy wzrok zawieszony na mnie, wiedziałam, że ona wie, że to ja, w tym momencie poczułam ogromne odrzucenie. Bo jeśli ktoś pisząc z Tobą przez internet zachowuje się w porządku i nic nie wskazuje na to, że w rzeczywistości będzie inaczej, zmienia podejście do ciebie w kontakcie rzeczywistym dobierasz sobie do głowy, że musiałaś zrobić jakieś negatywne wrażenie, że już na starcie ktoś widząc ciebie, potrafi cię przekreślić i coś musi być z tobą nie w porządku. Cała samotna podróż pociągiem była okropna, pamiętam jak bardzo zbierało mi się na płacz... Niestety następne dwa tygodnie nie były lepsze, były koszmarem. Prawie cały pobyt spędziłam sama i ta samotność doprowadzała mnie do takiego smutku, że jak wracałam do pokoju przykrywałam się kołdrą i płakałam, nie potrafiłam odnaleźć z nikim kontaktu, a jeśli ktoś mnie zagadywał, czułam ogromny stres, tak że zamykałam się na innych.



Wróciłam z tej kolonii do domu i wcale nie czułam się lepiej, wiedziałam, że jest coś ze mną nie w porządku, skoro nie potrafię odnaleźć się wśród ludzi. Potem trafiłam do szpitala-miałam napad epileptyczny. I znów pojawiła się nowa sytuacja, byłam na oddziale dziecięcym, na którym dzieci swobodnie się integrowały... Znów trafiłam na swój największy strach-grupę, która się zna. Tak się złożyło, że długo byłam w szpitalu, około miesiąca, podczas którego zdałam sobie sprawę, że jestem jakaś inna, nie potrafiąc nawiązywać kontaktów, których tak pragnę... Pamiętam, że winę za to, że inne dzieci mnie nie zaczepiają, znalazłam w sobie, w swoim wyglądzie-to idiotyczne, ale uznałam, że nie chcą mnie poznawać, bo jestem za chuda. Może się Wam wydać dziwne, aby 13latka miała stan depresyjny(uprzedzam:nie został tak przez nikogo określony wtedy, dopiero po pewnym czasie dowiedziałam się, że istnieje coś takiego jak depresja-i w pewnym stopniu mnie to opisywało), jak porównuję tamte uczucia z tym, co przeżyłam później był to dość łagodny stan, nie myślałam o samobójstwie, pamiętam za to jak w szpitalu wpadałam w płacz i nikt nie mógł mnie uspokoić, nie wiedział, co się ze mną dzieje i pewnego razu pielęgniarki wzięły mnie do siebie, żeby znać powody mojego płaczu, nie potrafiłam ich im przekazać ustnie, poprosiłam o kartkę i napisałam : "Straciłam sens życia". Troszkę dziwne słowa jak na 13 latkę, nieprawdaż?
Jakiś czas po powrocie ze szpitala byłam nieswoja, ale znów zaczęła się szkoła, gdzie wróciłam do swojej paczki, która dała mi dużo wsparcia, znów mogłam uwierzyć w to, że potrafię mieć normalne kontakty z ludźmi i depresja zniknęła. Jak wcześniej w jakiś sposób przewodniczyłam tej paczce, tak po epizodzie z kolonią usunęłam się w bok, wolałam liczyć na innych.




Minęła 6 klasa, nastał czas, w którym musiałam poznać nowe środowisko-gimnazjum. Teoretycznie mogłam pójść z paczką z podstawówki do tego samego gimnazjum, ale jako jedyna odłączyłam się, wybrałam szkołę, która wydawała się lepsza pod względem nauczania. Nie wiem, czy to był dobry wybór pod względem odłączenia się od tamtej grupy... Myślę, że wtedy dłużej bym żyła w świecie, w którym nie mam problemów z kontaktami z ludźmi. W gimnazjum było mi bardzo trudno poznawać nowych ludzi, myślę, że była to zwykła nieśmiałość, bo tym razem nie stałam przed grupą, która się wcześniej znała, nie odnalazłam się pomimo tego faktu, myślę, że na to miały duży wpływ wydarzenia kolonijne, które przekonały mnie do tego, że ludzie z gruntu myślą o mnie źle. Nie byłam jednak w tej klasie do końca samotna, bo było w niej 5 dziewczyn, które trzymały się razem a i ja do nich należałam :).Niestety z resztą klasy, chłopakami, nie potrafiłam nawiązać kontaktu, nawet jeśli oni próbowali, ja się za bardzo stresowałam... Nie do końca byłam szczęśliwa  dziewczynami, a to dlatego, że nie potrafiłam się otworzyć,mimo że w podstawówce pełniłam rolę kogoś najważniejszego w grupie, tutaj przyjęłam pozycję zupełnie odwrotną- stałam się cicha, nieśmiała, małomówna, a nie do końca chciałam taka być, pragnęłam więcej kontaktu, tylko nie wiedzieć czemu nie potrafiłam nie być szarą myszą...




Teraz przejdę do wydarzenia, które miało miejsce w 2 klasie gimnazjum, nie było zupełnie związane ze szkołą, ale zmieniło zupełnie moje życie. Pojechaliśmy z rodziną na 18-stkę kuzynki, po oficjalnościach poszliśmy z kuzynką i moim bratem do pokoju, żeby porozmawiać itd. Jakoś tak się złożyło, że obydwoje wyszli i zostałam sama, w tym momencie pojawiła się ciocia... Przyszła do mnie bardzo o mnie zatroskana i powiedziała "Czemu ty tak ciągle w domu siedzisz? Przecież tak nie można. Angelika[kuzynka] ciągle wychodzi z domu, wszędzie bywa, spotyka się ze znajomymi. A Ty siedzisz w domu, przecież to nie zdrowe" Te słowa bardzo na mnie wpłynęły... A czemu? Bo rzeczywiście pełniłam taki żywot w większości i dotarło do mnie, czemu tak wygląda-bo byłam bardzo samotna i nie miałam znajomych, z którymi mogłam tak po prostu wyjść po szkole. Te słowa wypowiedziała z taką troską, jakbym rzeczywiście żyła niezdrowo i i jakby ten tryb życia mógł mi zaszkodzić. Bardzo dużo czasu spędzałam przy komputerze, właściwie tak wyglądał mój wolny czas, prawie nie miałam innych rozrywek. Skoro powiedziano mi, że nie mogę żyć tak bardzo w domu, postanowiłam nie siedzieć tyle na komputerze, tyle że okazało się, że poza komputerem mój świat jest wyjątkowo pusty... że nie mam takich znajomych, z którymi spędzałabym większość wolnego czasu, że jestem strasznie samotna... i że innych zajęć niż komputer nie potrafiłam sobie prawie w ogóle znaleźć. Nadeszły wakacje, które były okropne, gdyż z wakacjami przyszedł czas, którego nie potrafiłam zapełnić, a w okół mnie istniała tak ogromna pustka...

Męczyłam się tą pustką przez całe 2 miesiące, nawet czekałam na szkołę, by mieć jakiekolwiek zajęcia, by widzieć się z ludźmi... Wróciłam do szkoły, ale to zupełnie nic nie pomogło, pustka zupełnie zdominowała moje życie, wpadłam w depresję. Nie potrafiłam się skupić na nauce, wszystko wydawało się takie bez sensu, dużo płakałam, straciłam sens życia, nie chciałam żyć i doznałam objawów nerwicowych, które zdarzyły mi się wtedy pierwszy raz: nie mogłam jeść, jedzenie źle mi się kojarzyło, tyle razy powstrzymywałam się, by nie wymiotować, nie zawsze mi się to udawało, pojawiło się wybudzanie w nocy i poczucie, że nie jestem sobą, że czuję się obco w swoim ciele...

Trafiłam do poradni psychologicznej, tam skierowano mnie na grupę wsparcia-uważam, że nie była to dla mnie wtedy najlepsza forma terapii, potrzebowałam odpowiedzi na to dlaczego mi się to zdarzyło, by mi wytłumaczyć moje objawy, w zamian za to miałam nabywać umiejętności interpersonalnych, które akurat wtedy z depresją, niewiele mnie interesowały. Zwróciłam się jednak do prowadzącej grupy i powiedziałam, co się ze mną dzieje, że nie panuję nad swoim ciałem... Skierowała mnie do psychiatry, który przepisał mi Pernazynę, a dopiero chyba na drugiej wizycie stwierdził, że przydałaby mi się terapia indywidualna.
To była I-sza część mojej terapii, trwała pół roku, po którym wydawało się, że sobie poradziłam, że nie potrzebuję leków i psychoterapii-nadeszły wakacje i nie przerażał mnie aż tak ogrom czasu, może dlatego, że miałam je bardzo dobrze zoorganizowane, dużo wyjazdów itd.




Po tych wakacjach poszłam do liceum-kolejne wyzwanie, by poznać nowych ludzi. Klasa była spora, co mnie bardzo przerażało i pamiętam, że uciekałam trochę przed klasą, bałam się takiej dużej grupy, którą musiałam poznać. Jednak udało mi się zawrzeć kilka fajnych znajomości, w których czułam się dobrze, niestety dla większości klasy byłam za bardzo niedostępna, na początku bałam się ich ilości, potem bałam się tego, że się już wszyscy jako tako dobrali, a ja przecież nie potrafiłam wchodzić w nową grupę! Dlatego byłam swobodna w kontakcie ze swoją grupą, reszty się bałam. Ważną osobą w tej klasie była koleżanka, z którą siedziałam w ławce, zawsze miałam do kogo się zwrócić i być z kimś w relacji, niestety klasa była podzielona na niektórych lekcjach na dwie grupy, tak się złożyło, że żadna z zaufanych mi osób nie była w mojej. Na tych lekcjach czułam się okropnie samotnie, wszyscy mieli swoje miejsce, swoją parę-ja siedziałam sama, co nie było dla mnie miłe, raczej nie udzielałam się na gruncie tej grupy, naprawdę bardzo chciałam, ale nie potrafiłam się przełamać i bardzo mnie to bolało,  to był 3 lekcje tygodniowo, więc jednak trochę czułam tej samotności. Jednak na innych lekcjach mogłam nadrobić ten brak.



I-sza klasa była w porządku. Niestety w II-giej zaczął się proces, który doprowadził do stanu, w którym jestem od około roku.
Przed rozpoczęciem wakacji między I a II klasą zawiodłam się na dziewczynie, z którą siedziałam w ławce. Zastanawiałam się jak to będzie, gdy wrócę do szkoły, z kim będę się trzymać, z kim będę siedzieć, to było dla mnie bardzo ważne. W międzyczasie, podczas wakacji wróciłam na terapię, bo moja pustka powróciła, wydaje mi się, że gdybym przez całe lato na nią nie uczęszczała, powróciłabym do stanu depresji. Nadszedł wrzesień i okazało się, że nie mam "swojej" osoby w klasie, dziewczyna, z którą wcześniej się trzymałam i wydawało mi się, że zaprzyjaźniłyśmy się, tak po prostu znalazła sobie nową towarzyszkę w klasie, nie pytając w ogóle o powody, dlaczego się od niej odsunęłam :(, nie mówiąc już o tym, że nie odezwała przez całe wakacje-bardzo mnie to zraniło, bo wydawało mi się, że byłam dla niej ważną osobą, zaufałam jej. Tu zaczął się mój terror, który polegał na powolutkim wprowadzaniu mnie do nerwicy lękowej. Nie miałam osoby, na którą zawsze mogłam liczyć w klasie, siedziałam sama, owszem trzymałam się z paroma osobami, ale nie było to dla mnie wystarczające. Następowały takie sytuacje, kiedy te osoby się nie pojawiały, a ja po prostu stałam z boku, nie mając się do kogo odezwać, bolało mnie to niesamowicie, bo porównywałam się z innymi osobami, że oni potrafią a ja nie i miałam wrażenie,że jestem w jakiś wyjątkowy sposób odrzucona- wyjątkowe odrzucenie czułam też od dziewczyny, z którą wcześniej siedziałam w ławce. Nie było tak, że się zupełnie do siebie nie odzywałyśmy, jak istniała jakaś wyższa potrzeba rozmawiałyśmy, ale czułam jak ona mnie odrzuca... Przez całą drugą klasę żyłam w ogromnym stresie, nie były to jeszcze stany nerwicowe, ale coś, co dało się opanować, choć byłam niesamowicie nieszczęśliwa.



Nadeszła klasa III-cia, maturalna. Miałam ogromne ambicje, by dostać się na prestiżowy kierunek-ta ambicja również miała udział w rozwinięciu się nerwicy, bo chciałam umieć wszystko perfekcyjnie, tak żeby mieć pewność, że się dostanę tam, gdzie chcę. Uczyłam się dużo i nad wyrost, wyjątkowo denerwując się, gdy nie umiałam czegoś idealnie-nigdy nie uczyłam się w taki sposób i to nie była dobra droga do osiągnięcia celu, naraziła mnie tylko na ogromny stres...

Wydawało się, że moja pustka zniknęła, wakacje pomiędzy II a III klasą nie minęły mi najgorzej, tak samo wrzesień, październik, jeśli chodzi o pustkę, bo nadal nie najlepiej czułam się w klasie,nie miałam nadal swojego miejsca. Pamiętam, że początkiem listopada coś się ze mną zaczęło dziać... Miałam się z kimś spotkać w pewien weekend, to spotkanie nie wypaliło, bo ktoś nie mógł i wtedy dotarło do mnie jak pusty będzie ten weekend- pustka, która oznacza ogrom czasu, z którym nie potrafię sobie poradzić, wróciła. Jednocześnie zaczęły się moje objawy związane z fobią. Zaczął mi przeszkadzać wzrok innych ludzi, czułam go na sobie, czułam, że mnie oceniają. Oceniają to, że niewiele mówię i oczekują, żebym więcej się odzywała. Nie jestem pewna skąd to się wzięło, ale chyba z tego, że ja nie mając nikogo "swojego" w klasie, chciałam walczyć o swoją pozycję, chciałam być inna, otworzyć się na klasę, a sposobem na to była zmiana siebie, stanie się bardziej wygadaną, bo tego mi brakowało, przez to nie potrafiłam być w kontakcie z większością osób, niestety strach nie pozwalał mi na to i stałam w obliczu porażki. Wydaje mi się, że swoje oczekiwanie na to, że będę inna, lepsza, przeniosłam na innych ludzi-to się nazywa chyba projekcja. Wzrok innych ludzi był narzędziem, który wywoływał u mnie niesamowity stres, prowadzący do nerwicy. Zaczęły mnie boleć mięśnie twarzy od napięcia, bolało całe ciało, byłam tak napięta, że niekiedy cała się trzęsłam, bolały mnie kości: kręgosłup, szyja. Pociłam się w ogromnym stopniu. Strasznym przeżyciem była dla mnie jazda tramwajem i siedzenie w nim, bo wydawało mi się, że wszyscy patrzą na mnie, gdy zobaczyłam starszą osobę ode mnie, wydawało mi się, że ona na mnie patrzy i ocenia, że taka młoda i siedzi-prawie zawsze jadąc do szkoły siedziałam, bo chciałam się pouczyć i nie zwalniałam miejsca, jeśli nawet wstanie mogłoby mnie uwolnić od myśli, że starsza osoba mnie ocenia negatywnie. Tak to się wszystko zaczęło, potem postępowało coraz bardziej, najpierw bałam się osób, które były dla mnie nieznajome, potem osób, które mnie znały i wobec których miałam "obowiązek", by się odezwać, w końcu strach przeniósł się na przyjaciół i najbliższych... Jak można się bać wzroku swojej matki?!

Strach postępował dalej, jego trybiki coraz bardziej się nakręcały, trudno było mi się uczyć- jednocześnie nakładały się na siebie dwa lęki: wzrok ludzi i napięcie dotyczące matury-bo przez tamten stres nie potrafiłam uczyć się wedle tego planu, który sobie założyłam.


Fobia to nie jedna rzecz, z którą miałam walczyć... Zaczęły się ferie i pojawiła się moja pustka, miałam dużo wolnego czasu, którego nie potrafiłam ogarnąć, czułam się bardzo samotna, mimo że spotykałam się w ludźmi międzyczasie, jednak to było za mało... Coraz bardziej się w to wkręcałam tak, że do fobii dołączyła depresja. Straciłam sens życia, otaczała mnie pustka, nie mogłam zasnąć, sen miałam bardzo krótki, a przez resztę czasu w nocy tak jakbym odpływała od siebie, jakbym nie czuła się sobą, w pewnym momencie poczułam coś takiego, jakby wszyscy ludzie, którzy mnie otaczali byli dla mnie obcy-to najgorsze wspomnienie z tego okresu nic nie czuć do swojej rodziny...Nie mogłam jeść, chodziłam tak nie wyspana, że nie byłam w stanie się skupić na zajęciach w szkole. Pamiętam jeden taki moment, gdy byłam na lekcji i cała się trzęsłam, nie potrafiłam utrzymać długopisu w dłoni....

Ze wszystkich doświadczeń związanych z fobią i nerwicą, to było najgorsze, nikomu, absolutnie nikomu bym tego nie życzyła, to było tak ogromne cierpienie, że na samą myśl o tym, mam łzy w oczach, że mogłam się tak stoczyć, że doszłam do czegoś takiego... Żyłam w czymś takim przez 3 miesiące, to była najgorsza tortura mego życia... W takim stanie podeszłam do matury, która sama z siebie jest wydarzeniem stresującym. Pamiętam jak starałam się nie zasnąć nad arkuszem z języka angielskiego... Jak czułam się głupia, że nic nie potrafię pisząc te wszystkie matury i mając świadomość, że niedobrze mi poszły, że odbieram sobie szansę na zrealizowanie swojego marzenia, by być na tamtym kierunku...


Koniec maja i próba z nowym lekiem, nie jak dotychczas z Pernazyną (bo znów trafiłam do psychiatry i przez 2 miesiące tym próbował mnie zbawić...), Paroksentyna, która poprawiła moje życie zdecydowanie, dzięki niej powolutku wyszłam z depresji i nerwicy, przynajmniej na jakiś czas. Moje leczenie nią trwało 5 miesięcy, podczas których moje życie wróciło do normy, nadal się trochę bałam, ale po depresji nie było śladu. W ciągu tych 5 miesięcy dużo osiągnęłam- otworzyłam się w pewnym stopniu na innych, poszłam pracować :), byłam w swoim pierwszym związku...Wszystko wyglądało naprawdę świetnie, tak że przy kontroli u psychiatry, razem z lekarzem doszliśmy do wniosku, że przerwiemy dość szybko leczenie. Naprawdę chciałam żyć ze świadomością, że radzę sobie sama, że nie odpowiada za to żadna substancja, ale ja. Byłam naprawdę szczęśliwa...

Poszłam na studia. Rozpoczęłam je październikiem 2011 roku, nie dostałam się tam, gdzie chciałam, ale nie to jest najważniejsze. Jeszcze we wrześniu nie myślałam, że będzie źle z moimi kontaktami z ludźmi ze studiów, że dam radę popoznawać ludzi i nie będzie z tym problemu. Parę dni przed pojawił się strach... Jednak pierwszy dzień pokazał, że są bardzo pozytywni i że raczej się będę wśród nich dobrze czuła, robiłam naprawdę wszystko wtedy, by nawiązać kontakty, nie robiłam tego swobodnie, ale na siłę, żeby nie było jak wtedy, gdy miałam przed sobą nową grupę i by potem się okazało, że z większością nie mogę się dogadać.
Drugi dzień to były wykłady, na których mam szansę przebywać z przyjaciółką i logiczne było dla mnie wybrać ją niż moją grupę, chyba przede wszystkim dlatego, że opcja spędzenia czasu wykładu z koleżanką była bezpieczniejsza, nie narażała mnie na żaden stres. Oczywiście w tym czasie zaszła integracja w grupie... Co mnie automatycznie od nich odrzucało, powodowało lęk...Już kolejnego dnia na normalnych zajęciach odkryłam, że ludzie w jakiś sposób się już podobierali...:( i że nie jestem w stanie tego przebić. Bardzo chciałam się z nimi zintegrować, ale tak bardzo chciałam, że znów wymuszałam na sobie to, bym była bardziej wygadana, otwarta-a takie wymuszanie nie działa na mnie dobrze, bo nie jestem sobą i tylko dostosowuję się do oczekiwań innych urojonych przeze mnie (znów kłania się projekcja..). Jednak miałam świat, w który mogłam uciec, który rekompensował mi brak relacji w grupie-miłość, którą czerpałam ze związku. Dopóki ten świat trwał wszystko mogłam przetrwać, co prawda udenerwowałam się na uczelni, ale potem był ktoś, kto wysłuchał mnie, pocieszył i gwarantował akceptację i miłość.


Niestety związek ten się zakończył i to w takim momencie, w którym musiałam sobie radzić sama, bo odstawiałam leki. Przez około tydzień od rozstania i od zażycia ostatniej tabletki nie było najgorzej, radziłam sobie całkiem nieźle, potem zaczęłam znów wpadać w spiralę strachu, wywołaną tym, że nie potrafię się porozumieć ze swoją grupą, że nie mam swoich ludzi, że trzymam się z boku- i nie potrafię się temu przeciwstawić, chociaż bardzo, bardzo bym chciała... Znów zaczęłam na sobie czuć wzrok innych, zaczęło się od mojej grupy, potem przeszło na ludzi na ulicy itd., znów zaczęły się objawy nerwicowe bóle, spięcie... Nie wiedziałam, co z tym zrobić, był taki moment, w którym po prostu się załamałam, że znów wróciłam do strachu, że nie wiem, jak sobie z nim poradzić, czułam się stłamszona i samotna w swym cierpieniu. Jedyną osobą, która by zrozumiała mój stan-był mój były chłopak (ale mimo że nie straciliśmy kontaktu, chciałam się od niego od dysocjować), psychoterapeutka (ale z nią skończyłam terapię na początku lipca i to nie dlatego, że mój stan był taki dobry, tylko dlatego, że ta kobieta się przeprowadzała, a ze względu na to, że z terapii nie byłam zadowolona, stwierdziła, że moje podejście wyklucza kontynuację terapii z kimś innym), mogłam się zwrócić do ośrodka, gdzie wcześniej chodziłam na psychoterapię i zacząć nową, ale moje studia zajmują naprawdę dużo czasu i nie wyobrażałam sobie wciśnięcia jeszcze czegoś w swój grafik, tym bardziej, że psychoterapeuta najpierw musi mnie poznać, zanim przejdzie do działania, więc nie skończyło by się zapewne na jednym spotkaniu...

 Rozwiązaniem okazało się pisanie o swoich odczuciach, tak na chłodno, psychoterapia dostarczyła mi narzędzi, którymi mogłam badać siebie. Nie potrafię myśleć i jednocześnie rozwiązywać swoich problemów, bo strach jest wtedy czymś zbyt realnym, pisząc uciekają gdzieś uczucia, pojawiają się fakty i obserwacje, które rzeczywiście zachodzą- tak przynajmniej u mnie to działa. Gdy wpadałam w pasję pisania o tym, co się ze mną dzieje, odkrywałam rzeczy, które były gdzieś głęboko schowane we mnie... Pamiętam jedno zdanie szczególnie, od niego zaczęło się prawdziwe rozumienie mojej fobii " Fobia nie jest strachem przed tym jak mnie ocenią inni,  ale przed tym jak zrealizuję swoją wymyśloną siebie". Nie wiem, czy Wasza fobia przypomina w czymś moją, czy powody jej powstania są podobne-u mnie zadecydowały względy psychologiczne, czy jest ona bardzo ostra w swej formie, bo być może nie ma to porównania z Waszym przypadkiem... Chciałam się jednak z Wami podzielić tym, co udało mi się w sobie odnaleźć przez ostatnie 2 miesiące.



Wspominałam na początku o pierwszych relacjach w rodzinie. Gdy byłam na psychoterapii nie odkryłam, jakie zachowania wobec mnie rodziców wpłynęły na to, że doszłam do fobii. Stało się to dopiero teraz. Pewnego razu pisząc zastanawiałam się, czemu czuję takie odrzucenie, gdy nikt się mną nie interesuje. Przyszła mi na myśl taka fantazja, którą czułam, tak jakbym rzeczywiście była kiedyś w takiej sytuacji. Pojawiło się takie wyobrażenie, że jak byłam mała rodzice nie poświęcali mi tyle uwagi, ile bym chciała, może inne dzieci w takiej sytuacji by płakały, krzyczały, ja jednak cierpliwie czekałam aż rodzice po mnie przyjdą, bo czułam, że mnie kochają, mimo że nie byli zawsze przy mnie, miałam pewność, że wrócą i się mną zainteresują, a już szczególnie wtedy, gdy byłam nieszczęśliwa i ich zadaniem było dostrzeżenie tego, że coś złego się ze mną dzieje.


Przekładając tamtą sytuacje na późniejsze: jeśli ja nie umiałam dołączyć do grupy, zagadać do kogoś- inni byli jakby w obowiązku(według mojego umysłu), by to oni podjęli próbę, by się mną zajęli. Tak się jednak nie działo, bo świat to nie rodzice, którzy zawsze mają na mnie oko. Gdy nie następowało takie zainteresowanie, czułam odrzucenie, bo przecież, gdyby świat mnie akceptował i kochał jak rodzice- zainteresowałby się mną, a że się tak nie działo, coś musiało być ze mną nie w porządku.
Jeszcze z doświadczeń rodzinnych, wychowywałam się razem z bratem, młodszym, który miał dużą potrzebę uwagi, zawsze musiało wyjść na jego, tak go nauczyli rodzice, a ja byłam tą mniej ważną, ważne było, żeby on nikogo nie denerwował, żeby osiągnął swoje i już się tego nie domagał, tyle razy usłyszałam: "Ustąp mu, bądź mądrzejsza". Moje potrzeby były mniej ważne od innych...



Rzeczą, która bardzo przyczyniła się do mojej fobii jest moja zależność od opinii innych. Jestem świadoma, że to mnie niszczy, że wymyśliłam sobie obraz siebie, który zostanie zaakceptowany przez innych i że inni oceniają stopień zrealizowania. Jednak najtrudniej ze wszystkiego jest się od tego oderwać... Od dziecka byłam narażona na opinie na temat tego, że jestem za chuda, te opinie nie były pozytywne, były wypowiadane z taką troską, politowaniem jakbym rzeczywiście była zaburzona. Fakt, że byłam chudziutka wykorzystywali ci, którzy chcieli podbudować siebie, bo małego i słabego tak łatwo jest urazić, tak łatwo go zaczepić i śmiać się z niego... Z tego wszystkiego wychodziło, że mogę liczyć tylko na negatywne opinie z zewnątrz, o które w ogóle nie prosiłam.


Ważnym wnioskiem, z którym chciałabym się z Wami podzielić jest takie zdanie: " Myśl o strachu jest strachem". To znaczy, że nasz strach tak naprawdę nie istnieje, istnieje ale w nas, inni nie mają o nim pojęcia, jeśli im tego nie powiemy, albo jeśli nasze ciało tego nie pokaże i my musimy być świadomi, że to twór który sami tworzymy i nad którym mamy kontrolę. Wiem, trudno to pojąć, tyle razy chciałam sobie udowodnić, że ludzie wcale się na mnie nie patrzą. Jechałam autobusem i patrzyłam w szybę, żeby zobaczyć, czy rzeczywiście ktoś mnie obserwuje i ocenia, oczywiście nie widziałam nic takiego, ale gdy tylko odwróciłam oczy od okna, już miałam przeczucie, że to się dzieje... Jednak wtedy nie miałam takiej świadomości, że wszystkie te obawy nie istnieją gdzieś indziej, tylko we mnie.
Pamiętajcie, że strachu nie zwalczycie od razu, ja tak chciałam i tyle razy doznawałam porażki... Założenia były piękne, doskonale je rozumiałam, ale gdy w rzeczywistości trzeba się zmierzyć ze strachem- nie da się go zwalczyć od razu i w jednym kroku, niezależnie jakie porady, wskazówki dostaniecie od kogoś albo na które sami wpadniecie. Trzeba zaczynać od małych kroczków, od sukcesów, jakie jesteście w stanie zrobić w danym momencie, czasem będzie to jedno spojrzenie w ciągu dnia, w którym nie zobaczysz oceny, czasem minuta, w której się nie stresowałeś rozmawiając z drugą osobą. I na sukcesach, choćby najmniejszych trzeba się skupiać, one motywują. Ja jestem osobą, która bardzo zwraca uwagę na to co niedopracowane, jeśli w danej sytuacji było coś dobrego, zawsze skupiałam się na tym, co złe i że muszę z tym walczyć, jednak działo się tak, że nie zwracałam uwagi na sukces, nie cieszyłam się nim, ważne było, że jest coś źle i trzeba to naprawić. Teraz muszę zmienić się i w tym względzie, przede mną ogromna praca...



Przed świętami miałam kumulację objawów nerwicowych, znów się bałam. Marzyłam tylko o tym, żeby zaczęła się przerwa świąteczna, podczas której ułożę wszystko w sobie, by powrócić i zacząć żyć normalnie...Miałam dwa cudowne dni podczas przerwy, gdy nie czułam strachu, wszystko szło w jak najlepszym porządku, ale któregoś dnia obudziłam się i miałam pretensje do mojego byłego chłopaka, że się do mnie nie odzywa, że mnie olewa, choć obiecał, że będzie się o mnie troszczyć. Potem przyszło mi się uczyć-rozpoczęcie nauki wywołało u mnie duży stres, bo nie rozumiałam wszystkiego tak jak powinnam, miałam do siebie pretensje, że za wolno mi to idzie, byłam bardzo z siebie niezadowolona- i co ciekawe po takich odczuciach, znów zaczęłam się bać świata. Dlaczego? Myślę, że w tym jak się uczę i po co jest również ukryta ocena mnie- wciąż czekam, by świat mnie pochwalił, choćby tym, że byłabym naprawdę świetna w nauce, niestety nie mogę od siebie wymagać zdolności, na które muszę pracować dłużej i oczekuję, że muszę je mieć w tym momencie, by zdobyć szacunek u innych.


Jutro wracam na uczelnię, przyjdzie mi się zmierzyć z moim strachem na nowo. Będę siedzieć sama na sali wykładowej, bo moja koleżanka nie przyjdzie, a nie dosiądę się do mojej grupy z tego względu, że lubię siedzieć blisko, bo to pomaga mi utrzymać uwagę. Trochę się boję bo ta sytuacja naraża mnie na stres, porównuję się z innymi, że w czasie przerwy ludzie mają z kim się trzymać, ja niestety siedzę samotnie nie mając co ze sobą zrobić. Mam nadzieję, że to przetrwam i będzie dobrze :)

Wam bardzo dziękuję, jeśli udało Wam się przeczytać mój monolog :). Mam nadzieję, że napisanie tej historii, nie pomoże tylko mnie, ale być może ktoś czytając to, znajdzie coś z siebie, więcej zrozumie i może natchnie się nadzieją, że z fobią da się walczyć, da się ją pokonać, trzeba tylko dobrze zrozumieć jej powody, zrozumieć przede wszystkim siebie. Wiem, że na tym forum są ludzie, którzy walczą z fobią latami i mimo różnych sposobów wciąż im się nie udaje, może moja historia na tym tle jest dużo lżejsza i może dlatego daję radę w ten sposób ją pokonać.

Wszystkim Wam życzę, by Wasze życie stało się lżejsze, byście mimo fobii realizowali siebie, byli z siebie zadowoleni, niezależnie od tego, że być może Wasze wysiłki w walce z nią nie pokrywają się z tym, co sobie wymarzyliście.

Serdecznie Was pozdrawiam,
życzę wszystkiego najlepszego na Nowy Rok :)

Myślę, że jeszcze będę się tu odzywać i relacjonować swoje postępy albo też będę szukać wsparcia :)

Offline Obcy

  • Kosmiczny gruz
  • Administrator
  • *****
  • Miejsce pobytu: Czarna dziura
  • Wiadomości: 4726
  • Płeć: Mężczyzna
Odp: Historia Moniki
« Odpowiedź #1 dnia: Styczeń 03, 2012, 20:34:03 »
Potrafisz pisać o tym. Swietnie oddajesz na papierze te stany które nie sa chyba nikomu tutaj obce. POwodzenia w powrocie i walce.
"Pomiędzy życiem i śmiercią znajduje się pragnienie.
Pragnienie życia, miłości, wszystkiego co dobre…
I to pragnienie jest źródłem wszelkiego cierpienia."

Offline Serenity

  • Nowy użytkownik
  • *
  • Wiadomości: 34
  • Płeć: Mężczyzna
Odp: Historia Moniki
« Odpowiedź #2 dnia: Styczeń 04, 2012, 00:01:59 »
Piękna historia, dobrze napisana i uświadamiajaca wiele rzeczy. Ja też wiem, co to znaczy samotność w tłumie ludzi, wśród niby-znajomych ze szkolnej ławy. Czytająć Twoje opisy siedzenia z boku, samej na korytarzu, widzę w nich siebie sprzed lat. Dobrze znam to uczucie. Paskudna sprawa. Strasznie dołująca na dłuższą metę. Tak samo sięgnięcie ostatecznego dna... Pamiętam jak leżałem plakiem na łóżku bo depresja odbierała mi siły na zwykłe nawet funkcjonowanie w świecie. Ta samotność, godziny przed komputerem z braku innych możliwości, strach przed ludźmi, odrzuceniem, zmieszaniem z błotem przez innych... a jednocześnie głód kontaktu z nimi. Ale tego głębszego, nie powierzchownego. Pragnienie przyjaźni i miłości. Tego pragnę do dzisiaj. To zostało i zostanie na zawsze...

Offline hurri

  • Nowy użytkownik
  • *
  • Wiadomości: 5
  • Płeć: Kobieta
Odp: Historia Moniki
« Odpowiedź #3 dnia: Styczeń 19, 2012, 22:32:25 »
Witajcie :) Miałam podzielić się z Wami tym, jak sobie radzę.
Otóż są takie chwile, kiedy doskonale sobie radzę, zapominam o strachu, jestem sobą, jestem bardzo szczęśliwa, czując się wolna. Tych chwil jest jednak niewiele trwają parę godzin, czasem cały dzień, po którym niestety nadchodzi taki po którym nie wiem co ze sobą zrobić, w którym kierunku zmierzać, żeby strach nie wracał. Oczywiście pojawiają się objawy nerwicowe, które jeszcze bardziej nakręcają mój strach, moje nieprawidłowe odbieranie rzeczywistości... To wszystko takie trudne... Wszystko robię sama pojawia się tysiąc pomysłów na to, by żyć normalnie, próbuję je potem zastosować, ale rzeczywistość je weryfikuje, w chwili zmierzenia się ze strachem, ze swoimi obawami nic nie jest takie proste-z resztą wiecie o tym... :( Czasem jednak się sprawdzają, ale ja tracę wtedy orientację, która z nich dała mi wolność...
Niedługo sesja, czas wziąć się do porządnej nauki, a ja jestem wycieńczona ciągłą walką ze sobą, próbowaniem coraz to nowych rzeczy, oczekiwaniem, że kolejny dzień będzie lepszy- niestety ja mam tak, że w warunkach stresu moje możliwości pojmowania bardzo spadają-nie wiem co czytam, sposób rozwiązania czegoś, co normalnie idzie mi dobrze jest ogromnym wysiłkiem i tracę na to mnóstwo czasu i energii... Po sesji obiecałam sobie wybrać się do psychologa, chcę żeby mi wskazał drogę, co powinnam zrobić, które moje założenia są słuszne, a które nie. Niestety brak mi czasu teraz i dopiero za miesiąc mam termin, do tej pory muszę sobie radzić sama...
Tak a'propo nauki...zdarzyło Wam się, że podczas snu wybudzaliście się i liczyliście w głowie jakieś zadanie albo pojawiały się Wam jakieś treści, które wcześniej przyswajaliście? Mnie to wybudza często w nocy, szczególnie matematyka, niestety jest to dziwne wybudzanie, bo ja niby śpię, niby nie śpię, jestem świadoma, gdzie jestem, ale niestety nie potrafię przerwać ciągu obliczeń, które pojawiają mi się w głowie, raczej nie pojawia mi się myśl, że mogę wstać i przerwać ten ciąg myśli, chcę go zakończyć, ale po prostu nie mogę... Wiem, że to jest związane z napięciem, które pojawia się w ciągu dnia...

Offline Nut

  • Ekspert
  • *****
  • Wiadomości: 956
  • zamarznięta
Odp: Historia Moniki
« Odpowiedź #4 dnia: Styczeń 19, 2012, 22:50:28 »
tak, to normalna reakcja na stres:)
Ja również tak miałam tuż przed sesją. Uczyłam się cały dzień i noc. Byłam padnięta i postanowiłam przespać się 3h. Myślałam, że zasnę bez problemu, w końcu oczy same mi się zamykały. Taaaa akurat mózg pozwolił mi zasnąc. Tysiąc myśli, nawet nie wiedziałam kiedy zaczęłam wszytsko powtarzać, w wyobraźni widzialam przewijające się slajdy prezentacji. Również wydało mi się to dziwne i trochę nienormalne jednak popytałam kilka osób i okazało się, ze to całkiem zwyczajne zjawisko. Także tym się nie przejmuj.

Gratuluję postępów w walce i życzę więcej siły do działania. :)
Jeden jest tylko błąd wrodzony, przekonanie, że żyjemy po to abyśmy byli szczęśliwi.

Nie ma rzeczywistości samej w sobie, są tylko obrazy widziane z różnych perspektyw.

Nie.

Offline Sowa

  • zgubiona
  • Kreatywna
  • *****
  • Miejsce pobytu: Sląsk - trochę dolny, trochę górny
  • Wiadomości: 739
  • Płeć: Kobieta
Odp: Historia Moniki
« Odpowiedź #5 dnia: Styczeń 20, 2012, 21:29:24 »
Trzymam kciuki i powodzenia
i oczywiście opisuj dalej :)
czy to że nie potrafię poprawnie pisać po polsku oznacza, że jestem gorszym człowiekiem?

Offline nika

  • V.I.P
  • *****
  • Wiadomości: 5053
  • Płeć: Kobieta
Odp: Historia Moniki
« Odpowiedź #6 dnia: Styczeń 20, 2012, 21:37:45 »
Cytuj
zdarzyło Wam się, że podczas snu wybudzaliście się i liczyliście w głowie jakieś zadanie albo pojawiały się Wam jakieś treści, które wcześniej przyswajaliście?

Oczywiście :)
Mnie się to często zdarza ;)
Nie poznajemy dróg, którymi już szliśmy, nasza pamięć przestała funkcjonować. Świat rozpadł się w serię obrazów, których znaczenia nie rozumiemy, i których nie potrafimy połączyć w logiczną całość. Zagubiliśmy klucz do naszego umysłu. A. K.

Offline Thomas2

  • Z radiem na uszach i wartości swej, w pełni świadomy, świadomy że hej
  • Mityczny użytkownik
  • ********
  • Wiadomości: 5671
  • Keep Calm And Avoid Microbiome Mayhem
Odp: Historia Moniki
« Odpowiedź #7 dnia: Maj 29, 2012, 19:49:42 »
"Naprawde chciałam żyć ze świadomością że radze sobie sama"

niestety przy tendencjach do chorób psychicznych jak nerwica, depresja, fobie to na dłuższą metę niemożliwe, bo organizm wraca do starych nawyków wydzielniczych

Podziwiam Cię za tę opowieść :D imponująco długa