Autor Wątek: Moja historia  (Przeczytany 1252 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline Arek

  • Nowy użytkownik
  • *
  • Wiadomości: 3
  • Płeć: Mężczyzna
Moja historia
« dnia: Marzec 06, 2014, 02:21:41 »
Witajcie, napiszę coś o sobie,  swoim życiu

Zastanawiam się od czego zacząć więc zacznę od początku. Odkąd pamiętam byłem cichy i spokojny, zawsze na uboczu w pewnej odległości od innych ale potrafiłem nawiązywać znajomości. Mój ojciec od zawsze był surowy i wymagający, panowała dyscyplina. Trochę popijał i nie było, że tak powiem "miło"
Ciągłe słuchanie, że nic nie osiągnę w życiu mając marne oceny i tak od podstawówki. Zapewne dlatego, że sam nie skończył nawet ogólniaka.
Poza tym w czasach podstawówki żyłem w miarę normalnie jak na dziecko przystało miałem paczkę znajomych tak jak to dzieci  :)
Kolejno przyszedł czas gimnazjum [ swoją drogą reforma szkolnictwa była strasznie poronionym pomysłem ]. Więc idąc nowym tokiem edukacji z racji tego,
że nie miałem oryginalnych ciuchów i byłem cichy. Zreformowali mnie :D . Zostawałem delikatnie mówiąc wyśmiewany czy też mieszany z przysłowiowym g...
Nie chciałem tam chodzić prawie oblałem za nieobecności. Wychowawczyni w porę coś wyczuła i nagle miałem święty spokój.
I pod koniec nie miałem praktycznie problemów z tą hołotą.
Rodzice się rozwiedli, skończyło się wieczne słuchanie tego co mówił ojciec jaki to nie jestem.
Pozostałem jednak w większym dystansie do innych, wolałem zostać w domu unikając wyjść i spotkań.

Przyszedł czas technikum. Spotkałem tam sympatycznych ludzi i nie było źle, praktycznie najlepsze lata mojego życia.
Oczywiście na wszystko jeszcze przyjdzie czas. [ Piszę jak emeryt w wieku 80 lat ;) ] Wszystko się układało, poważna miłość, szalone dni.
Kilku kumpli z którymi szło się na piwo czy pogadać przy ognisku o życiu. Życie jak z dobrego filmu.
Brak kontaktu z ojcem. Przyszedł czas na studia. Wyjechałem, zamieszkałem ze swoją wybranką, znaliśmy się już parę latek.
Okazała się wcielonym złem w każdym tych słów znaczeniu, wieczne awantury o byle co, czepiała się o co tylko mogła zależnie od humorku.
Żyłem tak kilka lat i coś się we mnie zmieniło już na dobre.
Przyszedł czas na ciągły stres i stawanie na głowie żeby tylko jej dogodzić [ uznawałem, że taka jednak jest miłość, że prawdziwa istnieje tylko w filmach a to jest ta realna. [ Może przez to, że moim rodzicom nie wyszło ]. Obiad nie dobry jesteś taki czy owaki i tak szczerze to jej słowa bardzo mnie bolały bo wiedziała w który punkt uderzyć słownie. Wiedziała, że mam niską samoocenę więc specjalnie mi dowalała, dołowała i mieszała z g... Bardzo mnie to bolało ale trwało z 2 lata.
Tak marginesem mniej więcej w tym okresie, pogodziłem się z tatą, wybaczyliśmy sobie, do dziś mamy perfekcyjny kontakt.
Przez tą kobietę zacząłem się bać, wychodzić z domu, początkowo unikałem większych sklepów, pociłem się gdy widziałem większą ilość ludzi i chciałem jak najszybciej opuścić dany budynek.

Rozstałem się z nią i kontynuowałem studia w jednym z większych ośrodków akademickich w naszym kraju. Mimo świetnej atmosfery nie bylem już tym samym człowiekiem. Bałem się wychodząc z domu do głupiego sklepu o wychodzeniu do klubów czy na imprezy nie było mowy, bałem się.
Z czasem kiedy sam się napędzałem w tym błędnym kole doszły ciężkie egzaminy. Totalnie się pogrążyłem, nie chciałem chodzić na kolejne terminy i prawie zawaliłem studia bałem się, że nie zdam i uwierzyłem w to i nie chciałem chodzić na egzaminy. Uznając, że przegrałem na starcie. [ Co za pomysły w moim umyśle :D ]
Zebrałem w sobie resztki normalności i poszedłem do lekarza rodzinnego. Opowiedziałem mu co czuje ... i przepisał tablety.

Skład: alprazolam. I myśl w głowie: "człowiek po 20 i psychotropy, ciekawe co będę brał za 20 lat" :)
Dawka niewielka chciał mi przepisać silniejsze, ale mu nie pozwoliłem. Zmusiłem się do brania tego "a może pomoże, nie spróbuję to się nie dowiem"
Rzuciłem to od razu po egzaminach semestralnych nie czułem się po nich cudownie, lekko mi pomagały.
Nie zakrzywiały rzeczywistości ani się nie uzależniłem, uff.
[ Chyba, że wstaje w nocy i okradam apteki, to mógłbym sobie zrobić chociaż zakupy w tesco nie umierałbym w sklepach w ciągu dnia :) ]
Potem poszedłem do lekarza jeszcze raz, wypisał mi jeszcze dwa opakowania twierdząc, że tabletki nie muszą działać od razu tylko mogą zacząć np po miesiącu ale nie brałem już tego. Stwierdził jeszcze, że dobrze byłoby poszukać sobie neurologa lub psychiatry, że zwykły lekarz raczej nie jest w stanie pomóc. " Pomyślałem sobie to po co mi to człowieku przepisujesz"

I znajdujemy się w chwili obecnej, nie poszedłem do żadnego specjalisty. Staram się realizować techniki pozytywnego myślenia, jak i taką terapie 'pokonywanie lęku społecznego krok po kroku' podobno dość dobrego specjalisty T. A. Richards'a. W sumie nie dawno zacząłem.

Mam dni lepsze, mam dni gorsze. Mam dni, kiedy nie chce mi się wyjść z domu. Mam dni kiedy sam jestem zaskoczony tym co robię.
Mam dni kiedy boję się wejść do praktycznie pustego sklepu. Jak i dni w których idę na egzamin ustny z podniesioną głową patrząc na zdrowych ludzi bladych ze strachu. Myśląc sobie: "przecież to tylko strach ludzie ogarnijcie się, to tylko egzamin to nie jest najważniejsze w życiu". Jak i dni kiedy: "nie wyjdę z łóżka nie umiem i tak nie zaliczę tego, nawet nie ma sensu żebym tam poszedł, boję się. " Jak dziecko zastrzyku. Jak ogień wody.

Przez całe moje jeszcze tak krótkie życie starałem się wszystko zaplanować, poukładać. Jestem człowiekiem który chce cieszyć się życiem, chcę z tym wygrać.
To nie jest prosta droga ale jeżeli w coś wierzymy bardzo mocno to spełni się . Staram się wierzyć, że potrafię się zmienić wyjść z tego.
Rzeczywistość jest trochę inna ... muszę iść do sklepu, lekarza, dużo ludzi, długie kolejki , nie ! wychodzę ... unikam jak tylko mogę. Jak już to idę późno alebo wcześnie rano. Bo czuję w swojej główce, że coś mi się stanie ... zemdleje ? zaleje się krwią ? umrę na środku przy tych wszystkich ludziach ...
"Wejść zabrać zakupy i wyjść w jak najkrótszym czasie". Jak się przemieszczam to w 90% przypadkach zniosę wiele, natomiast jak stoję w miejscu w kolejce a obok pełno ludzi jeszcze szanownej Pani przy kasie coś nie działa i stoję i stoję to są najkoszmarniejsze chwile. W których mam ochotę rzucić wszystko i uciekać. Uniemożliwia mi to normalne życie. Nie chcę brać prochów bo to nie leczy przyczyny. W moc psychologa który będzie myślał, że wie o mnie wszystko też nie. Psychiatra może jedynie przepisać mi prochy. Więc staram się sam coś robić. Może to jest błąd i nie pomogę sobie a może znając siebie lepiej niż ktoś obcy sam wiem co mi pomaga i co zmienić. Czytając takie czy inne książki na temat nerwicy, fobii, starając sobie mówić "stop człowieku czego sie boisz, wymyśliłeś sobie ten strach".
Bo za pewien czas trzeba będzie stanąć przed wyborem pracy i innych poważnych spraw i muszę jakoś funkcjonować.

Powiedziałem kiedyś kumplowi o tym, co we mnie tkwi ... wyśmiał mnie.
W sumie mu się nie dziwie bo jak to musi brzmieć dla osoby normalnie funkcjonującej ?
Hmm ... Np:
Ja: - mam problem boję się, Ktoś:- co się stało Ja:- boję się wychodzić z domu, odczuwam paniczny lęk czasami na drodze, często w sklepie, nie umiem przez to załatwić w życiu pewnych spraw, komplikuje mi to życie, boję się. Ktoś: -ale czego, Ja:-w sumie to ciężko powiedzieć, że coś mi się nagle stanie Ktoś:- eee, ładna dziś pogoda
Inny zrozumiał. Dla ludzi z którymi spotykam się na co dzień jestem uśmiechniętym człowiekiem który lubi żartować i się wygłupiać.
Natomiast w środku jestem tym małym dzieckiem : nad którym stoi ojciec i mówi mu: będziesz nikim, nie poradzisz sobie w życiu. - tym człowieczkiem którego zniszczyli kiedyś rówieśnicy wyzywając i szydząc z niego a może kobieta którą kochałem która mówi, że nie jestem prawdziwym mężczyzną tylko kalesonami.

Wierzcie mi lub nie ale pogodziłem się z tym co było złe w moim życiu. Tata mnie przeprosił ze łzami w oczach, do prześladowców nie czuje urazy, byli młodzi głupi, przeprosili. Tamta kobieta pożyczyłem jej powodzenia w znalezieniu faceta jak taka będzie i wybaczyłem. Nie czuje do nikogo urazy, nie dusze niczego w sobie.
Poza poczuciem ciągłego napięcia i tym jak sobie poradzę w przyszłości jak nic się nie zmieni.

Potrafię rozmawiać z obcą osobą na ulicy czy zagadać do kogoś na przystanku i pogadać o głupotach. Ciężko jest mi np też wysiedzieć w restauracji czy innym takim miejscu, nie lubię dużych zgrupowań ludzi unikam tego, długich kolejek jak ognia, spacerki po mieście lubię jak mam ochotę. W sumie jak nie ma ludzi wokoło to też czuje się dziwnie w miejscu typu knajpka z piwem czy jedzeniem. Wydaje mi się, że boję się tego co może mi się stać a raczej, że może mi się coś stać.
Tylko co miałoby mi się stać, ciężko powiedzieć ale coś strasznego. Chyba nic mi się nie zdarzyło negatywnego w miejscu publicznym. Wiem, że to jest irracjonalne. Zauważam jak to brzmi. Po prostu mój umysł jakoś dziwnie zmienił swój tryb funkcjonowania. I muszę jakoś to naprawić. Nie mam zamiaru uciekać przed tym.
Czy robić sobie z tego powodu pewne pretensje do siebie, akceptuje siebie tylko męczy mnie to co się ze mną dzieje.

Za każdą wypowiedź czy też poradę w mojej sprawie będę bardzo wdzięczny. Jeżeli chcecie coś wiedzieć, jeżeli miałbym coś uzupełnić, pytajcie.
Jestem zmuszony przeprosić za pewne błędy stylistyczne ale jest już późno, po prostu znalazłem to forum i z chęcią to napisałem dla faktu, że ktoś to przeczyta, zrozumie mnie, moje zagubienie, myśli, to co przeżywam jak i doradzi coś konkretnie. Pozdrawiam :)

Offline bransoletka

  • Profesor
  • ******
  • Wiadomości: 1225
  • Płeć: Kobieta
Odp: Moja historia
« Odpowiedź #1 dnia: Marzec 06, 2014, 02:42:10 »
Cześć Arek ;)
dzięki za podzielenie się Twoją historią, mam nadzieję, że to forum będzie dla Ciebie pomocą i wsparciem, ale nie ucieczką od problemów ;)
tego lekarza rodzinnego, to bym po dupsku zbiła, szkoda, że nie poszedłeś do psychologa najpierw, nie myślisz, żeby spróbować? Z jednej strony, z tego, co piszesz, Twoje dolegliwości nie uniemożliwiają Ci normalnego funkcjonowania, ale jednak bardzo przeszkadzają, może uda Ci się samemu z tym poradzić - trzymam kciuki, a jeśli nie - nie zaczynaj od leków, widać, że jesteś silny facet, lepiej spróbować psychoterapię ;)
Dużo o sobie wiesz :) Wspaniale, że pogodziłeś się z tatą.


Offline Thomas2

  • Z radiem na uszach i wartości swej, w pełni świadomy, świadomy że hej
  • Mityczny użytkownik
  • ********
  • Wiadomości: 5671
  • Keep Calm And Avoid Microbiome Mayhem
Odp: Moja historia
« Odpowiedź #2 dnia: Marzec 06, 2014, 12:30:04 »
Perfekcjonizm u Ciebie widzę, chcesz by zawsze było idealnie. Doczytujesz jesteś zawsze krok naprzód. Wygląda że brak Ci dystansu. Osoba z dystansem akceptuje swoje wady i nie robi z nich tragedii. Osoba bez dystansu i w dodatku ze skłonnością do perfekcjonizmu zrobi se swojej wady górę, powie że taka wielka i jak ma do czegoś dojść. Nawet jak w taki sposób się coś osiągnie, góra nie zniknie, puki CBT nie sprawi że spojrzysz na nią innym okiem.
Dostrzegam u Ciebie wzloty i podupadania,  w danym czasie jest fajnie a w innym zupełnie odwrotnie. Leki normalizujące nastrój w tym suplementy diety jak Lithium Orotate czy ziołowe jak Mentat sądze że mogły by wesprzeć psychoterapię przez jakiś czas.


Offline Arek

  • Nowy użytkownik
  • *
  • Wiadomości: 3
  • Płeć: Mężczyzna
Odp: Moja historia
« Odpowiedź #3 dnia: Marzec 06, 2014, 13:27:13 »
Perfekcjonizm u Ciebie widzę, chcesz by zawsze było idealnie. Doczytujesz jesteś zawsze krok naprzód. Wygląda że brak Ci dystansu. Osoba z dystansem akceptuje swoje wady i nie robi z nich tragedii. Osoba bez dystansu i w dodatku ze skłonnością do perfekcjonizmu zrobi se swojej wady górę, powie że taka wielka i jak ma do czegoś dojść. Nawet jak w taki sposób się coś osiągnie, góra nie zniknie, puki CBT nie sprawi że spojrzysz na nią innym okiem.

Tak chce żeby było dobrze, czy idealnie, chyba nie. Tak, staram się przewidzieć pewne rzeczy i planować. Brak spontaniczności.
Wszystko powinno być jasne i przejrzyste. Dzięki temu jest mi łatwiej.
Życie jednak rzuca nas na głębszą wodę. Jest nieprzewidywalne. Tu jest pewnego rodzaju sprzeczność.
Ciężko jest mi dokładnie sprecyzować problem. Może podświadomie chce żeby było perfekcyjnie. Przez brak pewnego porządku w swojej młodości.

Po prostu chce wyzdrowieć, odszukać klucz który otworzy mi drzwi do normalności, bardzo tego chcę.
Prawdą jest, że sam się nakręcam, przez myślenie o tym, dlatego jak już napisałem jestem w trakcie realizacji terapii krok po kroku we własnym zakresie.
Bo nic się nie zmieni dopóki nie przerwę błędnego koła. Robię coś z tym, nie stoję w miejscu.

Przeczytałem kiedyś w pewnych książkach dla psychologów czy terapeutów teraz już nie pamiętam.
Wracając do tego co jest istotne. Dwie sprzeczne teorie. Pierwsza zakładała, że należy odszukać przyczynę i wyeliminować.
Kolejna stwierdzała [ w sumie nowsza książka ], że zagłębianie się w przeszłość i doszukiwanie przyczyn nie jest takie istotne, że na samym końcu terapii można doszukiwać się przyczyny ale nie trzeba, że nie jest ona istotna.

Chciałem sobie ułożyć i ukoić wszystko godząc się ze światem i losem. Tylko czy istotne jest rozdrapywanie starych ran ?
Nie przyniosło to dużych efektów. Myślałem, że zamknięcie pewnych spraw, szczere pogodzenie się zburzy ten mur.
Pozwoli zacząć żyć normalnie, jednak nie stało się tak. Przestaje już doszukiwać się czegoś w przeszłości, do pewnego czasu.

Tak sobie ostatnio pomyślałem. Co gdybym na sile starał się coś robić ?
Chodzić w miejsca których nie lubię mając w głowie to co jest napisane w książkach.
Całkowicie wbrew sobie i swojej woli, czy warto robić coś sprzecznego ? Czy to pomoże, czy pogorszy mój stan ?
Czy lepiej się wyciszyć i unikać pewnych sytuacji w życiu w sumie dając sobie pewne przyzwolenie na swój stan, czy próbować iść w zaparte cały się trzęsąc nawet gdy czuje, że to nie jest mój dzień, że po prostu strach jest zbyt duży i powinienem odpuścić.
Może to jest droga, zrozumieć na siłę, że nic mi nie zagraża.
Wiadomo, każdy obiera indywidualnie pewną drogę i jednemu coś pomoże a drugiemu nie.

lepiej spróbować psychoterapię ;)

Nie wiem czy to pewnego rodzaju przejaw mojej zaburzonej psychiki ale potrafię rozmawiać o tym co mnie boli nie ukrywam się z tym co mi dolega, godzę się z pewnymi rzeczami ale jak już pisałem.
Natomiast nie wierzę, że ktoś po kilku spotkaniach powie mi jak mam żyć i wszystko zniknie. Swoją drogą boje się trochę takiej wizyty.

Idąc dalej w zaparte utrzymuje, że mam wystarczającą wiedze o tym co mi jest i nie potrzebuje "dobrego kumpla" u którego powiem to samo co Wam, który stwierdzi to co już wiem. W sumie pisząc to wszystko na forum zaprzeczam sam sobie :D
Po prostu szukam innej drogi pośród ludzi którzy to rozumieją, nie kogoś kto ma wyklepane regułki i schematy nie mając pojęcia jak czuje się taka osoba.
Wmawiając mi np, że będzie dobrze, że mam uwierzyć w siebie.

Dziękuję za odpowiedzi, liczę na kolejne.
Rozmawiając o tym można wychwycić pewne rzeczy których nie wychwyci się, myśląc samotnie.

Offline Thomas2

  • Z radiem na uszach i wartości swej, w pełni świadomy, świadomy że hej
  • Mityczny użytkownik
  • ********
  • Wiadomości: 5671
  • Keep Calm And Avoid Microbiome Mayhem
Odp: Moja historia
« Odpowiedź #4 dnia: Marzec 06, 2014, 14:17:24 »
Drapanie przeszłości nic nie daje. Nie zmienisz że ona była i nie zmienisz że będzie miała wpływ na Twoje życie. Osoby po przejściach traumatycznych jak np. ojciec alkoholik, nie wyprą z siebie całkowicie emocji typu strach czy lęk. Emocje te warunkują przetrwanie. Problem jest gdy wyrastaja ponad miarę. Przyczyną są zapisane w mózgu dane z sytuacji stresowych wraz z ich interpretacją które między innymi wpływają na reakcje obecnie. Mózg to nie komputer że sobie można wymazać, sformatować czy wimienić dysk. Ale to nie znaczy że nie można trochę przemodelować zapisu i nauczyć się reagować inaczej.
Może być więc na tyle dobrze że bedzie się dało funkcjonować w miarę dobrze bez leków że ten lęk w tej kolejce bedzie niewielki lub zaden, że te sytuacje lekowe się skurczą i ograniczą z 60 sytuacji do zaledwie kilku i z mniejszym nasileniem.
Najlepsza metodą jest psychologia pozytywna czyli nie myslenie o chorobie i jej zjawiskach. Akademicki przykład z różowym słoniem, gdy nie chcesz mieć różowego słonia, nie chcesz widzieć różowego słonia, gdy myslisz że różowy słoń jest zły, to wszystko co widzisz to różowy słoń. To jest właśnie to błędne koło akcja i rekacja. Gdybyś zwyczajnie pozostał głuchy na te wołania chorej psychiki, wogóle zapomniał o tym, nie reagował wcale, nie bronił się, nie robił nic zupełnie, głuchość i brak reakcji.
Twoje mechanizmy obronne perfekcjonizm, chęć perfekcyjnego wyjścia z sytuacji, pchają cię prosto w błędne koło. Różowy słoń każe Ci czytać książki, przejmuje i steruje Twoimi zachowaniami, zagarnia wolność i swobodę decyzji w Twoim życiu.

 <truestory>


Offline bransoletka

  • Profesor
  • ******
  • Wiadomości: 1225
  • Płeć: Kobieta
Odp: Moja historia
« Odpowiedź #5 dnia: Marzec 06, 2014, 14:34:07 »
Natomiast nie wierzę, że ktoś po kilku spotkaniach powie mi jak mam żyć i wszystko zniknie. Swoją drogą boje się trochę takiej wizyty.
O, po kilku spotkaniach to by był beznadziejny psycholog ;) Ja chodzę 1,5 roku i widzę zmiany. Mnie psychoterapia jest potrzebna, bo chociaż tak jak Ty umiem mówić o swoich problemach, to nie potrafię dostrzec, co to znaczy, a poza tym jestem cholernie uparta ;)
Powodzenia, mam nadzieję, że będzie tylko lepiej

Offline Elfka

  • Miss Całokształtu 2013
  • *****
  • Wiadomości: 1595
  • Płeć: Kobieta
Odp: Moja historia
« Odpowiedź #6 dnia: Marzec 06, 2014, 15:47:06 »
Witaj na naszym forum Arku <smiley>
Skoro potrafisz rozmawiać o swoich lękach i o tym, co Cię boli, to już połowa sukcesu. Powinieneś tylko bardziej otworzyć się na możliwości terapii. Nie negować z góry jej skuteczności. A nuż choć trochę Ci pomoże? Z tego, co piszesz Twoim problemem jest wmawianie sobie, że dana rzecz się nie uda. Dobrze by było, gdybyś nauczył się stawiać opór takim destrukcyjnym wyobrażeniom.
Na pocieszenie mogę dodać, że sporo z tego, o czym opowiadasz, większość z nas zna z autopsji.
« Ostatnia zmiana: Marzec 06, 2014, 15:48:48 wysłana przez Elfka »

Offline Arek

  • Nowy użytkownik
  • *
  • Wiadomości: 3
  • Płeć: Mężczyzna
Odp: Moja historia
« Odpowiedź #7 dnia: Marzec 06, 2014, 16:05:08 »
Oczywiście myśli pozostają myślami.
To, że sobie coś pomyślę nie znaczy, że musi się to urealnić.
Na tym głównie bazują terapie które mi pomagają.
Bo gdy zniszczę w sobie to koło. Będzie już dobrze, trzeba zrozumieć. Zrozumieć, że to tylko nasze myśli, nic poza tym.

Podobno poprzez powtarzanie sobie pewnych schematów myślowych, można właśnie przesterować ten nasz dysk o którym wspomniał Wesoły i wpoić w niego pewne przekonania.
Wyrobić sobie pewne nawyki które pozwolą nam normalnie żyć. Coś na zasadzie:
"to tylko moje myśli, one kłamią i zakrzywiają moje odczucia. Jeżeli nie będę ich słuchał i nie pozwolę kierować im moim życiem one odejdą bo nie będą miały się czym karmić, bo karmią się moim lękiem" i małymi kroczkami idziemy do przodu.

Tyle w teorii. Jak zapewne wiemy, praktycznie jest różnie.

Za dużo o tym myślę, to prawda. I przez to stres, nerwy, różne dziwne zachowania dominują moje życie.
Staram się jak mogę je niwelować ale to ciężka i długa droga. Starając się znaleźć wyjście z tej sytuacji wpadam w swoje błędne koło w którym uparcie się miotam.
Co dzień do walki zmusza mnie wewnętrzna wiara w to, że muszę walczyć, że bardzo pragnę zmiany, że nie mogę tak żyć, że jutro będzie lepiej, że sobie poradzę.
Że uparte dążenie do celu to może nie droga ale obranie pewnego kierunku w walce i wyjściu z tego cholerstwa.
Tylko jeżeli nie wiara w to, że jutro będzie lepiej. To co nam pozostaje.

Powinieneś tylko bardziej otworzyć się na możliwości terapii. Nie negować z góry jej skuteczności. A nuż choć trochę Ci pomoże? Z tego, co piszesz Twoim problemem jest wmawianie sobie, że dana rzecz się nie uda.

Może nie jestem na nią gotowy. Może muszę zrozumieć, że sam sobie nie poradzę tylko dalej zataczam szersze koła.

Dobrze by było, gdybyś nauczył się stawiać opór takim destrukcyjnym wyobrażeniom.

Staram się myśleć pozytywnie, nie przychodzi mi to łatwo. To też stanowi pewien etap na tej drodze, to jeszcze u mnie dość świeże doświadczenie.
Za sprawą lektury "potęgi podświadomości" której jeszcze nie skończyłem. Dostrzegam inną drogę która polega właśnie na pozytywnym myśleniu.
Tak jak wspomniałem ta sprawa jest jeszcze w powijakach.

Na pocieszenie mogę dodać, że sporo z tego, o czym opowiadasz, większość z nas zna z autopsji.

Dlatego tu jestem, żeby coś zrozumieć, może odkryć coś w sobie.
Bo człowiek który tego nie doświadczył, nie zrozumie mnie. Chociaż, chyba sam nie rozumiem siebie :)


Offline Thomas2

  • Z radiem na uszach i wartości swej, w pełni świadomy, świadomy że hej
  • Mityczny użytkownik
  • ********
  • Wiadomości: 5671
  • Keep Calm And Avoid Microbiome Mayhem
Odp: Moja historia
« Odpowiedź #8 dnia: Marzec 06, 2014, 16:23:49 »
Za dużo o tym myślę, to prawda. I przez to stres, nerwy, różne dziwne zachowania dominują moje życie.
Staram się jak mogę je niwelować ale to ciężka i długa droga. Starając się znaleźć wyjście z tej sytuacji wpadam w swoje błędne koło w którym uparcie się miotam.
Co dzień do walki zmusza mnie wewnętrzna wiara w to, że muszę walczyć, że bardzo pragnę zmiany, że nie mogę tak żyć, że jutro będzie lepiej, że sobie poradzę.
Że uparte dążenie do celu to może nie droga ale obranie pewnego kierunku w walce i wyjściu z tego cholerstwa.
Tylko jeżeli nie wiara w to, że jutro będzie lepiej. To co nam pozostaje.

100,000 razy zdażały się negatywne historie i nigdy nic się nie stało.

Ignorancja i niereagowanie wobec choroby, dystans, skupienie się na innych rzeczach. Amnezja wobec objawów. Zaprzestanie o tym myslenia, mówienia, nastawiania się na objawy itd. Życie tak jakby tego ni było, całkowita ślepota, głuchość i ignorancja wobec tych nieświadomych mechanizmów, które do świadomości się przebijają.

Niby porste a trzeba sie nauczyć w zyciu to stosować.



Offline OtoJa

  • Profesor
  • ******
  • Miejsce pobytu: Tarnów
  • Wiadomości: 1281
  • Płeć: Mężczyzna
Odp: Moja historia
« Odpowiedź #9 dnia: Marzec 06, 2014, 17:48:37 »
Cześć Arek, widzę, że gaduła z Ciebie :)