Autor Wątek: Moja historia, chcę zmiany i zakładam bloga  (Przeczytany 1448 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline chory na niesmialosc

  • Nowy użytkownik
  • *
  • Wiadomości: 1
  • Płeć: Mężczyzna
Moja historia, chcę zmiany i zakładam bloga
« dnia: Luty 23, 2015, 22:19:35 »
Przede wszystkim chciałbym się ze wszystkimi przywitać. Hej.

Jestem Dawid, mam 20 lat i chciałbym Wam opowiedzieć o swoich zmaganiach z fobią społeczną, którą mam do teraz. Wczoraj postanowiłem, że spróbuję z tym skończyć raz na zawsze, bo od tego roku zaczynam studiować. Wiem, że ta walka może potrwać długo, ale jestem gotów Dzisiaj założyłem też blog, którego zamierzam stale prowadzić i na którym również zamieściłem tą historię, więc można komentować tutaj albo na blogu. Jak na razie są 2 wpisy, ale postaram sie, aby szybko sie rozwijał. Adres bloga to http://chorynaniesmialosc.blogspot.com/. Zapraszam do obserwowania. Więc oto owa historia, trochę przydługawa. Chętnie przyjmę konstruktywną krytykę co do wpisów na blogu i w ogóle do całego tekstu.

Już jako mały chłopiec byłem spokojny, ale nie odczuwałem żadnych lęków. Dla mnie było to normalne i można powiedzieć, że funkcjonowałem jak introwertyk, czyli niczego się nie bałem, a to ,że czasami bywałem sam było spowodowane tym, że nie potrzebowałem towarzystwa, a nie tym, że bałem się w nie wplątać. Pamiętam mój pierwszy dzień w przedszkolu. Mama mnie zaprowadziła do sali, a ja usiadłem na dywaniku, wziąłem jakiś samochodzik i zacząłem się nim bawić. Było obok mnie bardzo wiele innych dzieci, ale jakoś nie miałem potrzeby do nich zagadać i bawić się z nimi. Tym samochodzikiem bawiłem się do końca dnia w przedszkolu.
Później poznałem jakichś kolegów i bawiliśmy się często razem, nie miałem problemów ze znajomymi. Nie pamiętam za wiele z tego okresu, ale przedszkole minęło beztrosko. Bez żadnych problemów ani większych zachwyceń.

Od podstawówki zaczęła się nieśmiałość. Chyba od pierwszej czy drugiej klasy. Też miałem grupę znajomych, wychodziliśmy na dwór, graliśmy w piłkę, rozrabialiśmy troszkę, jak to chłopcy. Tak było przez całą podstawówkę, ale od tej drugiej klasy już pamiętam, że bałem się odzywać do niektórych osób. Na lekcjach nie było problemu, z nauczycielami miałem normalny kontakt, może trochę mniej się odzywałem niż inni, ale rozmowy z nauczycielami się nie bałem.
Pamiętam, że nawet na matematyce chyba w czwartej klasie jak pani dawała jakieś działania do rozwiązania to ścigałem się z jedną dziewczyną kto prędzej je rozwiąże i wynik wypowie na głos. Nie miałem z tym żadnych problemów. Ale znajomi z klasy zaczęli mi dokuczać. Nie było to bardzo intensywne, ale frustrujące. Wybrali mnie, bo byłem mało asertywny, a na początku nawet śmiałem się razem z nimi z siebie, żeby nie zauważyli że mi to przeszkadza. To był mój błąd, bo dzieciom widzącym, że nie mam "ciętego języka", ani innych oporów weszło to w nawyk. Później było coraz gorzej. Nie byłem jednak jedyną "ofiarą" bo miałem w klasie też innych ludzi, którym dokuczano i to chyba nawet bardziej niż mnie, szczególnie w niektórych momentach.
W czwartej klasie byłem zakochany w pewnej dziewczynie ona we mnie też. W tej z którą się ścigałem na wynik z matematyki. Fajnie mi się z nią gadało, bez żadnych oporów, na luzie. Zapytała mnie czy nie chcę z nią "chodzić", a ja odmówiłem bo się bałem co inni o mnie pomyślą jak z nia zacznę chodzić. Tą dziewczyną była zauroczona połowa chłopców w klasie, a ona chciała "chodzić" ze mną. Do dzisiaj nie mogę sobie tego wybaczyć, bo gdybym się zgodził to może moje życie potoczyłoby się zupełnie inaczej. Jak dla mnie nie była to szczenięca miłość. Pod koniec podstawówki już się cieszyłem że za niedługo pójdę do gimnazjum.

Zapomniałem wspomnieć, że cały ten okres byłem w cieniu brata z własnej winy. Chodziłem cały czas za bratem i spędzałem z nim dość sporo czasu. Można powiedzieć, że jak ktoś coś od nas chciał to mój brat zawsze mówił, on był takim jakby przewodnikiem. Myślę, że to mogło mieć wpływ na moją późniejszą niewielką asertywność i lęk do ludzi.

Sam początek gimnazjum był całkiem niezły. Okazało się, że do mojej klasy chodzi chłopak, którego znam.On znał dużo osób na początku. Chyba dzięki znajomości z nim dostałem się do całkiem fajnej paczki znajomych. Później znowu zaczęły się żarty ze mnie i to głównie ze strony tego kolegi coraz to bardziej intensywne, a ja popadałem w coraz to większą nieśmiałość. On miał jakieś kompleksy, tak mi się zdawało i chciał się dowartościować tym. Traktował to chyba jako żart, inni też, ale ja się tym bardzo denerwowałem, a to jeszcze bardziej zachęcało innych do żartowania sobie ze mnie. Były takie momenty, że miałem wszystkiego serdecznie dość i wolałbym sobie skręcić kostkę i mieć 2 tygodnie spokoju ze szkołą. Oczywiście nie zamierzałem tego robić, ale gdyby się zdarzyło to bym się nawet cieszył. Nikomu się nie przyznawałem do moich lęków, nawet rodzinie. Dostrzegali, że jestem nieśmiały, bo nawet w stosunku do nich taki byłem po części, ale chyba nie zdawają sobię sprawy jak poważny jest problem. Oprócz tego, że koledzy sobie ze mnie żartowali bardzo często to potrafiłem też się z nimi porządnie zabawić, pograć w karty, albo zrobić coś spontanicznego. O mojej nieśmiałości doskonale wiedzieli, bo zauważali to, ale nie zdawali sobie sprawy z moich leków i tego jak bardzo mnie krzywdzą dokuczając mi i żartując sobie ze mnie. Ja nigdy nie odważyłem się im tego powiedzieć. Koniec gimnazjum i ja znowu się cieszyłem że będę w nowym towarzystwie.

Wybrałem technikum, trochę żałuję, ale nie o tym. Technikum to jest już kompletna masakra. Myślałem, że w szkole średniej ludzie będą bardziej dojrzali, ale się myliłem i to bardzo. Trafiłem na klasę po częsci z kolesiami podobnymi do dresów. Są też oczywiście spoko ludzie, ale niestety bardziej się odczuwa zachowanie dwóch chamskich skurczysynów niż 10 dobrych, spoko ludzi. A proporcje są w mojej klasie o wiele gorsze. Będzie tak może 0,5/0,5. A wszystko to mimo tego, że moje technikum jest wg. Rankingu Perspektyw w 5% "najlepszych" techników Polsce. W technikum jest jednak gorzej niż poprzednio. Nie mam żadnych znajomych z którymi mógłbym normalnie pogadać, na przerwach przeważnie siedzę sam. Boję się zapytać nauczycieli o coś jak np. czegoś nie usłyszę albo nie zrozumiem. Odczuwam mocny lęk przed odpowiadaniem na głos. Jak na jakiejś lekcji nauczyciel o coś pyta, a ja to wiem to i tak się nie odzywam, bo boję się że coś zepsuję przy odpowiedzi, że zatnę się w połowie zdania i nie będę umiał znaleźć słów na dokończenie, że skupie uwagę innych i będę przez nich oceniany, że jak odpowiem dobrze to mi dokuczą jakimś tekstem, a jak źle to się skompromituje. Ostatnio jak mieliśmy lekcję informatyki i mieliśmy wejść do jakichś folderów innych użytkowników to ja pierwszy się dostałem do katalogu z tymi folderami i wszedłem w folder dyrektora. Pan powiedział: "Ooo Dawid już coś szuka u dyrektora w folderze" Wszyscy zaczęli się śmiać. Ja razem z nimi bo było to dla mnie śmieszne. Nagle kolega powiedział coś w stylu: "Aaa Dawid taki chichy i się nie odzywa, a taki łobuz". Znowu zaczęła się fala śmiechu. Ta odzywka akurat nie miała na celu mi dokuczyć, ale jak poczułem się okropnie wstydliwie. Też próbowałem się śmiać, żeby zatuszować te uczucie od zewnątrz, ale nie umiem się sztucznie śmiać i szybko mina mi zrzędła i było widać, że się bardzo zawstydziłem. To była masakra. Teraz, w klasie maturalnej i tak jest dobrze, bo już mi rzadko dokuczają, wydorośleli trochę. Ale się do mnie nie odzywają. Ja do nich się rzadko co odzywam. Myślą, że jestem sztywnym dziwakiem. Cieszę się, że technikum już się kończy i za niedługo będę w nowym towarzystwie na studiach :((

Wybrałem zawód, kierunek na studiach, który jest stereotypowo uważany, że jest bardziej dla ludzi nieśmiałych i introwertycznych niż inne zawody, ale to może kiedyś tak było, teraz już nie. Mimo wszystko dzięki temu będzie mi może troszkę łatwiej... Najbardziej cieszy mnie to, że nie wybrałem go z tego powodu, ale z tego że uważam, że to kierunek w którym mogę coś sensownego osiągnąć i jestem nim zainteresowany. Mam pewną wizję przyszłości co do przyszłego życia zawodowego i dlatego mnie to cieszy, bo z tego co czytam to większość moich rówieśników, niekoniecznie nieśmiałych i z lękami kompletnie nie wie co chce robić i wybiera jakąś przypadkową pracę i przypadkowe kierunki na studiach. Przynajmniej wiem w jakim kierunku się rozwijać i to mnie cieszy.

Jednak mój następny problem odnośnie powyższego: prokrastynacja. To niechęć do robienia czegokolwiek co wymaga większego nakładu pracy. Takie mówienie sobie: "zrobię to za chwilę, później, jutro, jeszcze mam czas". W końcu gdy dochodzi termin żeby to zrobić to albo robi się to byle jak albo w ogóle się tego nie robi, jeśli ma to mierne konsekwencje. To samo dotyczy nauki czegoś szerszego, np. Języka angielskiego, treningów fizycznych. Pod koniec wszystkiego robi się postanowienie, że już się tak nie zrobi więcej. "Zaczynam się uczyć", "Nauczę się tego i tamtego", "Zrobię to i tamto", a nic z tego nie wychodzi i jest jak zwykle. Oczywiście niekiedy udaje się osiągnąć cel, ale zabrać się za jego realizacje jest bardzo ciężko. Boję się tego może nawet tak samo jak fobii społecznej bo ciężko się z tym rozwijać. Teraz np. muszę zrobić prezentacje maturalną. Długo się do tego zabierałem, w końcu zacząłem, miałem piękne plany, że się za to zabiorę, zrobię wszystko za jednym zamachem w kilka dni i będę miał spokój. Przed prezentacją sobie tylko przypomnę. Skończyło się na tym że zrobiłem tylko analizę jednego wiersza i wybrałem utwory do prezentacji. Zrobiłem to tak spontanicznie. Poszło szybciej niż się spodziewałem, byłem z siebie bardzo zadowolony. Następnego dnia miałem kontynuować, ale robiłem jakieś głupoty przy komputerze i przerwałem to. Teraz ciężko mi się będzie do tego zabrać,no ale muszę. Wolę czytać newsy na necie albo słuchać starych piosenek Avril Lavigne i pogrążać się w smutku niż wziąć się za coś kreatywnego. Często coś zaczynam, często coś ambitnego, ale niestety tylko zaczynam. Jak już się za coś wezmę to w trakcie robienia tego jest w porządku, ale trzeba zjeść obiad, iść gdzieś do sklepu, iść spać i później po jakiejś przerwie ciężej się za to zabrać :(

Wiem, że przez tą całą fobię społęczną ciężko mi będzie funkcjonować w dorosłym życiu... Oswoić się z ludźmi w pracy, nawet na studiach. Znaleźć dziewczynę, założyć rodzinę...Dziewczyny to nigdy nie miałem. Chciałbym żyć normalnie. Bez fobii i prokrastynacji miałbym o wiele większe możliwości i perspektywy w życiu, dlatego postanowiłem z tym walczyć. Najwyższa pora, zanim jeszcze nie jestem na studiach.

Online JOY OF SATAN

  • Kolorek JOY OF SATAN
  • *****
  • Wiadomości: 5101
  • Płeć: Mężczyzna
  • „Matka siedzi z tyłu!” Tak powiedział!:))
Odp: Moja historia, chcę zmiany i zakładam bloga
« Odpowiedź #1 dnia: Luty 23, 2015, 22:32:26 »
czesc :) przeczytam jutro bo w kime...
Not giving a fuck improves your quality of life significantly by drastically reducing your capabilities of giving a fuck. Scientists have proven that the average human being gives 60 percent too much of a fuck about most daily activities...Start not giving a fuck today because seriously, who gives a fuck?
 

Offline rp1polska

  • Nowy użytkownik
  • *
  • Wiadomości: 3
  • Płeć: Mężczyzna
Odp: Moja historia, chcę zmiany i zakładam bloga
« Odpowiedź #2 dnia: Marzec 30, 2015, 23:49:02 »
Siema, jestem tu nowy. Witam  <glupek2>
Jestem w bardzo podobnej sytuacji, tylko że mam gorsze wspomnienia z gimnazjum, a lepsze z liceum. Cóż, fobia widoczna jak na tacy. Od siebie dodam, że o dziwo fobię jest znacznie łatwiej u siebie rozpoznać niż depresją, którą też mam. Nie lekceważ tej prokrastynacji, ja w życiu nie myślałem, że konieczność "zbierania się w sobie" do wstania z fotela, żeby chociaż wziąć coś do picia, może być objawem depresji. Bardziej wyglądało mi to na jakiś zespół chronicznego zmęczenia.
Generalnie to właśnie jestem na pierwszym roku studiów - z pierwszego semestru mam zaliczone jedynie szkolenie biblioteczne   :/ . Przed Tobą długie wakacje, więc radzę Ci iść do psychiatry, znając życie pierwszy lek niewiele Ci pomoże, a zmiana trochę trwa. UWIERZ, NAPISZESZ MATURĘ I PO TYCH CHOLERNIE DŁUGICH WAKACJACH BĘDZIE CI BARDZO CIĘŻKO SIĘ CHOCIAŻ ZACZĄĆ UCZYĆ. Ja niepotrzebnie 3/4 pierwszego semestru jadłem escitalopram, który jednak bardziej mi szkodził niż pomagał. Później 5 tygodni na sertralinie, 5 tygodni przechodzenia z łóżka na kanapę i z powrotem, ale przynajmniej obniżyła napięcie mięśniowe, co powoduje u mnie migreny. Szkoda tylko, że w tym czasie była sesja <ei29nuda>. Dopiero od 3 miesięcy biorę fluoksetynę i w końcu czuję ogromną poprawę, chociaż okres kumulacji jest długi i "ciężki".
PODSUMOWUJĄC:
Idź po maturze do psychiatry po leki, opowiedz mu o swoich objawach, nie wahaj się mówić że lek Ci nie odpowiada (ja na escitalopramie przesiedziałem chyba z 7 miesięcy, mimo walącego serca). Wykorzystaj dobrze wakacje, żeby wejść w okres studiów z niezbędną do tego energią (serio).
« Ostatnia zmiana: Marzec 31, 2015, 14:14:01 wysłana przez rp1polska »