Autor Wątek: Jak do tego doszło...  (Przeczytany 247 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline Iki

  • Ukryty optymista i kosmit
  • Nowy użytkownik
  • *
  • Miejsce pobytu: Zagranica~~
  • Wiadomości: 8
  • Płeć: Kobieta
  • Pizza~
Jak do tego doszło...
« dnia: Listopad 25, 2016, 14:10:24 »
Witajcie~

Zacznę może od krótkiego przedstawienia się.
Mam na imię Wiktoria, ale wolę jak mówi się na mnię Iki. Mam obecnie lat 20 i "chodzę" do ostatniej klasy technikum. Mój słomiany zapał na razie skupił się na bardziej plastycznych rzeczach oraz tym jak powstają gry komputerowe. Ile zrobię w tym zakresie to czas zweryfikuje (jak do tego czasu wytrzymam).

Jestem osobą bardzo wrażliwą. Podejrzewam u siebię fobię społeczną oraz depresję. Na chwilę obecną czekam na wizytę u psychologa zaplanowaną na Mikołajki (zresztą pierwszą taką w moim życiu). Do tego czasu trzymam siebie resztkami sił, by nie zrobić czegoś głupiego oraz rozmyślam nad swoim życiem i tym, kiedy to wszystko mogło się zacząć i z jakiego powodu...

Urodziłam się niepełnosprawna, więc na starcie miałam utrudnione życie. Należało się ze mną obchodzić delikatnie. Gdyby nie moja mama i jej roczna walka wykonując codziennie ze mną ćwiczenia, prawdopodobnie bym siedziała teraz na wózku. Możliwe, że przez to do dzisiaj mam wadę wymowy, co przyczyniło się później do innych problemów.
Nie chodziłam do przedszkola, więc pierwszy, większy kontakt z rówieśnikami miałam w zerówce. Pamiętam, że już wtedy byłam wyraźnie nieśmiała - ciężej od innych szło mi nawiązywanie kontaktów. Nie zwracałam wtedy uwagi na to, że mówię niewyraźnie i że jestem jaka jestem. Bolało mnie jednak czasem zachowanie ze strony rówieśników (te niemiłe) i nie rozumiałam czemu są tacy. W międzyczasie chodziłam do logopedy, ale mam wrażenie, że dużo te zajęcia nie dały.
Z czasem klasa podzieliła się na grupy. Byli ci "super" jak i ci "gorsi" (byłam oczywiście w tej drugiej grupie). W oczy zaczęły mi się rzucać zajęcia plastyczne. Cokolwiek bym nie narysowała, jakkolwiek bym się nie starała, moja praca nigdy nie pojawiała się na tablicy w korytarzu. Zawsze lądowały tam prace uczniów tych bardziej lubianych. Zaczynałam z tego powodu smutnieć i te zajęcia przestawały mnie bawić. Raz zdarzyło mi się, że kiedy usłyszałam od wychowawczyni, iż nie wywiesi tej pracy, gdyż jest za słabo widoczna (zbyt delikatnie ołówikiem się posługiwałam wtedy). Była to bardzo ładna praca i mogłabym ją poprawić, ale w nagłym napadzie smutku i gniewu zgniotłam ją w rękach, a następnie wyrzuciłam płacząc histerycznie. Pani próbowała mnie uspokoić, mowiąc mi, że praca była bardzo ładna oraz, że następnym razem się uda, ale ja jej już nie słuchałam - odcięłam się wtedy od świata. Po jakimś czasie nastąpiło kolejne zdarzenie, które utkwiło mi w pamięci...
Pewnego słonecznego dnia, była sobie przerwa (jak dobrze pamiętam to obiadowa). Chcąc wyjąc sobie coś z plecaka, wstałam z ławki i uklękłam przed swoim zawieszonym tornistrem. Część rówieśników siedziała w klasie, a chłopcy się chyba wykłócali o coś (pewności nie mam). Po chwili zauważyłam jak jeden z nich zaczął się cofać w moim kierunku... Nie zdążyłam zareagować. Przewrócił się o moje nogi i upadł na ziemię. Z przerażenia wszyscy do niego podskoczyli, a ja wstałam mając nadzieję, że nic mu nie jest. Gdy okazało się, że nic poważnego się nie stało, wychowawczyni podeszła i zaczęła szarpać mnie za ramię... Bolało. Wrzeszczała na mnie, że to moja wina i mogłabym go zabić. Ja w strachu trzęsłam się cała i zalewałam się łzami próbując łamanym głosem przekazać, że to nie moja wina, że nie chciałam. Nikt nie słuchał. Wszyscy wokoł się patrzyli jak na mordercę. Lekcji nie pamiętam, ale po niej gdy zeszłam pod szatnię by przebrać się na w-f, czekali tam rówieśnicy z klasy. Okrążyli mnie i przyparli do ściany krzycząc na mnie, że chciałam go zabić. Bardzo się wtedy bałam... Po tym wszystkim czasem zdarzało mi się, że z jakiś powodów bałam się iść do szkoły by wychowawczyni na mnie nie krzyczała, ale może ze 2 razy tak, że omijałam szkołę. Raz przypadkiem spakowałam do piórnika nóż do papieru. W szkole wychowawczyni to zauważyła i krzyczała, że to niebezpieczne i tego się nie nosi. Wiedziałam o tym i znowu ze złości i płaczu wyrzuciłam nóż do śmietnika. Później po lekcjach ze wstydem z Panią woźną wygrzebywałyśmy go stamtąd, bo w domu przydawał mi się do wycinania (swoją drogą te Panie bardzo lubiły mnie przypadkiem zamykać w szatniach, gdyż często się cicho przebierałam gdy byłam sama - często wtedy płakałam ze wstydu). Przez te 4 lata wychowawczyni opisała mnie jako osobę nieśmiała i wolącą na przerwach czytać książki.
W 4 klasie pojawiły się oceny... Wtedy dopiero zauważyłam jak bardzo inni są lepi ode mnie w nauce. Większość klasy uczyła się ponadprzeciętnie. Pomimo średniej powyżej 4.0 czułam się gorsza i byłam też tak traktowana przez moich lepszych rówieśników. Od osób, które z kolei uczyły się gorzej ode mnie (z różnych powodów), również spotykałam się z niemiłym zachowaniem. Nie potrafiłam, więc powiedzieć do której grupy należę - czy do gorszej, czy do lepszej. Byłam zawieszona pomiędzy dwoma światami... Zaczęłam również dojrzewać (chyba jako trzecia w klasie), więc zwracano na mnie większą uwagę. Szybko się roztyłam a na czystej buzi dostałam trądziku, jednak nie był to jeszcze dla mnie problem. Co najwyżej martwiłam się rozstępami na basenie, na którym nie lubiłam się przebierać. Bałam się, że patrzą na mnie i oceniają negatywnie. W szóstej klasie ciężko pracowałam. Uczyłam się po nocach z rodzicami matematyki, z którą zawsze miałam problemy. Potrafiłam wtedy sypiać i po 3 godziny, ale nie przeszkadzało mi to. Zapisywałam się na różne konkursy czy turnieje pomimo tego, że dalej nie miałam ocen jak na świadectwie z paskiem. Zajmowałam zawsze ostatnie miejsca, ale najbardziej zabolał mnie turniej tenisa stołowego. Na zajęciach dodatkowych z niego zawsze ciężko ćwiczyłam i widziałam już postępy, ale ciągle byli lepsi. Pogodziłam się z tym jakoś... Jednak na zawodach, kiedy stanęłam naprzeciw twarzy przeciwnika, ogarnął mnie strach. Zdałam sobie sprawę, że wszyscy na mnie patrzą i oceniają, a na mnie spoczywa presja wygrania. "Jak się nie postaram to będę nieudacznikiem..." - takie miałam myśli. Zaczęłam się trząść i w momencie jak zaczęła się gra, nie potrafiłam trafiać w piłkę. Z płaczem zbuntowałam się, że nie będę już grać, ale Pani mnie namówiła, żebym grała do końca, bo jedna przegrana o niczym nie świadczy. Wróciłam więc do gry, ale nie zdobyłam ani jednego punktu przez cały turniej... Przegrałam nawet z koleżanką, która była ode mnie gorsza z w-fu jak i z tenisa stołowego. Od tamtej pory nie biorę udziału w żadnych konkursach...
Tak minęła szkoła podstawowa i trafiłam do gimnazjum. Gimnazjum wybrałam niedaleko domu (ze 2km) i tylko dlatego, że to była jedyna szkoła, w której byłam na dniu otwartym. Za bardzo bałam się iść do innego, tylko dlatego, bo nie znam budynku od środka i tego gdzie co jest. Pierwszego dnia już zaliczyłam wtopę... Przewróciłam się na schodach przy wszystkich. Lekkim śmiechem próbowałam ukryć wstyd i zdenerwowanie. Pierwsza klasa była ogółem spokojna, ale rówieśnicy lubili dokuczać mojej koleżance z klasy, a nauczyciele nie wykazywali większego zrozumienia. Ona sama zarzucała mi, że próbowałam zabrać jej koleżankę, dlatego po czasie zaczęły uciekać przede mną na przerwach. Smutno mi się robiło, bo podobne zdarzenia miały miejsce w podstawówce. Zdałam sobie sprawę, że to przez to, że byłam zbyt nachalna momentami oraz wkurzająca. Zaskoczyło mnie raz jak powiedziałam koleżankom (innym), że mam w domu małe kotki, które dopiero się urodziły, a te poszły ze mną do domu je zobaczyć. Nawet mama była zaskoczona, a ja uwierzyłam, że mogę być normalnym uczniem w klasie. Niestety po wakacjach doświadczyliśmy wszyscy szoku. Koleżanka, która nie była mile traktowana przez rówieśników popełniła samobójstwo. Okazało się, że w domu też nie było jej łatwo, gdyż ojciec jej pracował, a ona sama musiała zajmować się domem, gdyż jej matka wcześniej zmarła. Cała klasa nagle płakała i ogarnął ich smutek. Mnie też, ale i niezrozumienie względem rówieśników. "Ona bała się wrócić do szkoły... Z waszej winy... A teraz płaczecie bo zrobiła coś takiego? Bała się was..." - szybko się jednak zorientowałam, że wcale nie byłam lepsza próbując zaprzyjaźnić się z jej jedyną koleżanką. Do dzisiaj ogarnia mnie poczucie winy... I wściekłość. Do dzisiaj pamiętam jak na Facebooku jedna osoba z klasy po jakimś czasie przypomniała o niej zarzucając, tym najbardziej znęcającym się, że też się do tego przyczynili... Oczywiście zaprzeczyli jakoby mieli mieć cokolwiek z tym wspólnego. Przestałam się czuć bezpieczna... I słusznie. Szybko przerzucili swoje zabawy na mnie i moją przyjaciółkę. Zauważyli, że jesteśmy cichsze, oraz że ubieramy się inaczej i inaczej się zachowujemy. To przecież idealne kandydatki na kozły ofiarne, ne!?
Szybko się pogrążyłyśmy w depresji. Nie pomagały nam problemy w domu. U mnie to był problem z ojcem alkoholikiem. Wiele razy obiecał, wiele razy przychodził po miesiącu niepicia pijany. Zaczął mnie i młodszego brata okradać z naszych jedynych oszczędności czy drogich prezentów. Nie odzyskam mojej złotej biżuterii z komunii już nigdy. Oboje zdecydowaliśmy z bratem po rozmowie z mamą, że nie będzie z nami mieszkał. Wzbudziło to konflikt z babcią co skutkowało brakiem kontaktu na wiele lat. Ale czułam, że tak będzie lepiej... Jednak brak ojca nie pomagał mi w szkole. Do dzisiaj pamiętam Mikołajki. Siedziałam sama w ławce i podziwiałam swój prezent. Szklaną kulę, którą się nakręcało, by grała świąteczna melodia. Nie chciałam mieć z ludźmi z klasy nic wspólnego. Wiedziałam co o mnie myślą i jak mnie traktują. Na lekcjach powtarzali po mnie słowa niewyraźnie, tak jak ja robię, z powodu wady wymowy, śmiejąc się głośno. Potrafili też na całą klasę wołać "gruby pryszczozaur". Nauczyciele nie reagowali -  udawali, że nic nie słyszą. Czułam się sama z tym wszystkim. Zamilkłam na lekcjach. Przestałam odpowiadać przy tablicy, nawet na pytania z ławki. Wolałam jedynkę niż śmiechy rówieśników z mojej wady. Nauczyciele uważali mnie za leniwą, bo nie chcę się uczyć. Nie próbowałam potem nawet. Zaczęłam opuszczać zajęcia w szkole notorycznie, byłam wiecznie senna, przez co zasypiałam (podobno lunatykowałam nawet rano). Zaczęłam się kaleczyć i próbowałam popełnić samobójstwo, ale wszystko zbyt nieudolnie. Często widziałam cienie przemykające mi się pomiędzy nogami, cienie kotów w domu, poza nim z kolei inne - groźne. Przewagarowałam nawet dwa tygodnie na bagnach marznąć i kalecząc się tam. Aż w końcu pewnego dnia poszłam na torowisko z przyjaciółką, która miała to samo co ja wtedy. Strażniczka miejska nas złapała. Kiedy powiedziałyśmy jej, że boimy się iść do szkoły bo jesteśmy źle tam traktowane, odwiozła nas do naszego domu, dzwoniąc do mojej mamy i mamy mojej przyjaciółki. Moja mami była zła, ale i szybko się uspokoiła. Nie rozumiała dlaczego nie przyszłyśmy z tym do niej. Od tamtej pory zaczęła interweniować w szkole. Okazało się, że wychowawczyni widziała takie zachowania w stosunku do mnie, ale myślała, że to takie jednorazowe docinki. Kazali mi chodzić do psychologa szkolnego. Byłam dwa razy i głównie z moją mami, która mówiła za mnie. Bałam się tej kobiety, uważałam, że mnie nie rozumie w ogóle... Nie tylko ona. Rówieśnicy dostali jedynie pouczenie i nakaz przeprosin w stosunku do mnie. Nie były to szczere przeprosiny. Mimo wszystko myślałam, że to koniec problemów. Jednak depresja nawracała i nie znikała całkowicie. Z tego powodu też rozpadł się mój pierwszy związek. Zabolało szczególnie, kiedy po miesiącu znalazł sobie nową. Tak reszta szkoły jakoś minęła, włączając półroczny brak rozmów z moją przyjaciółką, przez który nawet myślałam, że nie żyje (przyśnił mi się jej pogrzeb - uwierzyłam, że to miało miejsce). Ale zawsze po pół roku takiej niemowy godziłyśmy się.
Pierwsza szkoła techniczna była nawet spokojna. Miła klasa, wszyscy zgrani, nikt nikogo nie oceniał na wstępie. Nauczyciele też bardziej wyrozumiali, chociaż sama szkoła wielka nie była w osiągnięciach. Narzekałam tylko, że kierunek mnie lekko nudzi. Jednak pomimo warunków bałam się chodzić do szkoły. Przez większość roku dawałam radę, ale gdy tylko zbliżało się zakończenie półrocza, czy roku, to frekwencja mi spadała. Bałam się tego, że z powodu ocen wszyscy będą na mnie źli, bo nie podołałam. Bałam się oceniania. Wiedziałam, że mogę lepiej, ale z jakiegoś powodu nie mogłam. Jakoś na koniec roku nauczyciele zlitowali się, wiedząc, że to mój ostatni rok, gdyż się przeprowadzam na Śląsk. Nie chciałam opuszczać trójmiasta. Za dużo tu miałam znajomych i przyjaciółkę... Najbliższą mi chyba osobę...
Nowe miejsce zamieszkania wydawało mi się brudne, brzydkie i nudne. Wszędzie same budowle oraz szarość, a ludzie... Bezwstydni w swojej biedocie oraz niechętni do jakichkolwiek zmian. Wiedziałam, że dobrze tu nie będzie dla mnie. Zamieszkaliśmy u matki ojczyma. Ma spore mieszkanie, więc mogliśmy się spokojnie pomieścić, a dodatkowo byłby ktoś zawsze do zajęcia się nowo narodzoną siostrą. Jednak kiedy zobaczyłam jej twarz od razu pomyślałam jedno "Uciekaj!". Płakałam jak miałam rację... Na początku udawała miłą i szybko zaczęliśmy korzystać z mieszkania na różne sposoby. Nie podobało jej się to. Zaczęło się od tego, że byli goście w salonie a ja z bratem z nimi. Podjadaliśmy sobie ciastka, które leżały przed nami, podpatrywaliśmy telewizję i słuchaliśmy rozmów w pokoju. Po chwili mama zła na nas wyprosiła z pokoju. Okazało się, że ta kobieta (matka ojczyma) zrobiła awanturę o nas. Mieliśmy niby przeszkadzać, zajmować miejsca gościom i jeść co nie nasze. Od tamtej pory bałam się przebywać w tamtym pokoju. Siedziałam z bratem tylko u nas. Mieliśmy mały pokoik i połowę jego zajmowały nasze łóżka, był bardzo wąski, ale długi, przez co ciężko było się poruszać. Gnieździliśmy się więc tam jak myszy. Do kuchni też rzadziej wychodziliśmy i często kłóciliśmy się ze sobą. Po jakimś czasie tamta kobieta zabroniła nam korzystać z łazienki, czyli się myć, gdyż zużywaliśmy rzekomo za dużo ciepłej wody a ona nie ma na to pieniędzy (rodzice opłacali większość rachunków, gdyż nie wiedzieli nawet, że kręci ich na pieniądze w tej sprawie). Chodziłam więc brudna i zaniedbana, a że zaczęłam w tym czasie chodzić do nowej szkoły, to rówieśnicy się ze mnie śmiali między sobą po cichu (wiem bo moja jedyna koleżanka mi o tym mówiła jak słyszała, sama później też dosłyszałam). Popadłam szybko znowu w depresję i zamiast uciekać teraz ze szkoły to uciekałam do szkoły z "domu". Problem dopiero się rozwiązał jak w drugiej klasie się wyprowadziliśmy. Poczułam ulgę, że mogę się myć kiedy chcę oraz przebywać gdzie chcę. Do dzisiaj tu mieszkamy. Jednak kontakt z tą kobietą mamy nadal chcąc lub nie chcąc. Mogłam się teraz skupić na szkole niestety...
W drugiej klasie zauważyłam do jakiej szkoły trafiłam. Ciągły wyścig szczurów, najważniejsze są sukcesy szkoły i by szkołę jak najbardziej wypromować i to ciężką pracą uczniów. Czułam, że nie podołam takiej wymagającej szkole. Zaczęłam czuć presję na egzaminy zawodowe, maturę i świadectwa. Każdy chciał być numerem jeden. Gdy oceny nie były dla mnie zadowalające, czułam się jak śmieć. Bałam się oceny innych i tego co o mnie powiedzą. Nie pomagała nauczycielka od matmy, która chciała jak najwięcej osób pogrążyć... W drugim semestrze i mnie. Udało mi się wybronić na koniec roku, ale już wtedy czułam niezrozumienie, kiedy mówiłam rozpaczliwie, że nie chcę chodzić do tej szkoły. Próbowałam wszystkich nakłonić na zmianę ale bez skutku...
Z nauczycielką od matmy mieliśmy lekcje do końca trzeciej klasy. Bałam się chodzić na jej zajęcia, z czasem wręcz panicznie. Opuszczałam, bardziej lub mniej, zajęcia od początku roku szkolnego. Nauczyciele i mama byli niezadowoleni. Twierdzili, że jestem leniwa. Pod koniec trzeciej razy znowu próbowałam ich przekonać, że nie chcę chodzić do szkoły jak teraz, że się boję. Próbowałam coś zmienić, ale ciągle bezskutecznie. Czułam, że niezrozumienie rośnie. Na dodatek mój brat zaczął sprawiać problemy, więc mama miała prawo czuć się bezsilna. Pewnego dnia wychowawczyni zaczęła rozmawiać na temat mojego niechodzenia w bibliotece przy innych. Rozmowa przerodziła się w krzyk, a ja czułam się poniżona. Pedagog, która była obok, zaprowadziła mnie do siebie i dopytywała, dlaczego nie chcę chodzić do szkoły i czy mam jakieś problemy. Milczałam i płakałam. Za bardzo się bałam. Ciągle pamiętałam krzyk wychowawczyni...
Przede mną czekała jeszcze poprawka z matematyki. Zacięłam się wcześniej i nie chciałam poprawiać matmy. Za bardzo się bałam tamtej kobiety. Spędziłam, więc wakacje w stresie. Od tego czy zdam zależało moje być czy nie być. Nie zdążyłam wszystkiego przerobić, ale na szczęście zdałam. Prawdopodobnie to dzięki mami, która przyszła do mnie na poprawkę z jedzeniem i piciem oraz (co najważniejsze) wsparciem. Dodało mi to sił na ustną część. Ale dyrektor i tak stwierdził, że niski poziom reprezentujemy...
Teraz jest klasa czwarta, a ja od początku żyję w strachu. Gdy tylko wiem, że czeka mnie trudna lekcja, odpowiedź ustna, jakiś test, to w panice często uciekam. Mam w myślach tylko strach przed oceną innych. Dlatego często nie było mnie w szkole. Ostatnio zdałam sobie sprawę, że coś jest nie tak... Poszłam do pedagog kilka razy, dała mi namiary do psychologa, ale nie prywatnego na szczęście (nie stać mnie na innego). Najpierw myślałam, że to fobia szkolna, a pedagog, że to może depresja i potrzeba mi po prostu rozmowy, gdyż nie mam do kogo się zwracać z problemami. Bo nie mam... Teraz mam tylko chłopaka i mamę, która na słowa, że się boję i nie chcę do szkoły reaguje furią. Zaczyna wrzeszczeć, że jestem leniwa i wymyślam, a na prośbę by umówiła za mnie wizytę u psychologa, pytała w niezrozumieniu dlaczego sama tego nie zrobię. A ja się bałam... Zaczęłam wagarować znowu. W domu wszyscy się kłócą - nikt nie umie normalnie rozmawiać. Codziennie chodzę jak kłębek nerwów ze strachu przed nimi. Zaczynam się bać ludzi w internecie. Próbuję się nie zabić, ale ciągle myślę o nożach czy jakiś pastylkach. Nie mam sił. Żyję resztkami, a nikt wokół nie wygląda jakby chciał zrozumieć. Zrozumieć, że potrzebuję pomocy bo mam fobię społeczną.

Teraz nikogo nie ma w domu. Myślę, czy jako ostatnią deskę ratunku nie zadzwonić do babci, albo nie podesłać tego posta mamie. Ze szkoły ciągle piszą, bo się martwią, a ja boję się odpisać. Czuję się sama i zdana na los. Nie wiem co robić. Mam nadzieję, że przeżyję do Mikołajek. Do szkoły boję się wrócić. Z matury już zrezygnowałam mentalnie. Pozostało tylko zmienić deklaracje u dyrektora, ale się boję. Mam jeszcze do zaniesienia bilans, ale też się boję. Tak samo boję się w ogóle zrezygnować ze szkoły. Nie wiem co robić... Mama groziła, że mnie z domu wywali, jak nie będę chodzić do szkoły. Z tego powodu zaczęłam ją okłamywać, że do szkoły chodzę, by tylko mieć dach nad głową. Naprawdę nie wiem...

« Ostatnia zmiana: Listopad 26, 2016, 21:54:03 wysłana przez Iki »
Co będzie to będzie, ne~?

Offline JOY OF SATAN

  • Kolorek JOY OF SATAN
  • *****
  • Wiadomości: 5097
  • Płeć: Mężczyzna
  • „Matka siedzi z tyłu!” Tak powiedział!:))
Odp: Jak do tego doszło...
« Odpowiedź #1 dnia: Listopad 25, 2016, 15:34:31 »
Cześć Iki :) Bardzo smutna historia to Twoje życie, ale miejmy nadzieje, że coś się w końcu odmieni :) Dobrze, że zdecydowałaś się iść do psychologa(też wydaje mi sie ze to fobia społeczna). Dobry pomysł z tym podesłaniem tego posta mamie, jeśli w domu tak nerwowo i nie ma szansy na normalną rozmowę, to dobrze jakby to przeczytała... Jeśli masz kontakt z babcią (to ze strony mamy?) to też dobrze jakby to przeczytała i wstawiła się za tobą u mamy. Nie ma nic gorszego jak krzyki i wzajemne obwinianie się, w takiej atmosferze zadna wazna informacja nie trafi do mamy.
A jaki masz kontakt z chłopakiem? On rozumie jaki masz problem? Wspiera cię?
Not giving a fuck improves your quality of life significantly by drastically reducing your capabilities of giving a fuck. Scientists have proven that the average human being gives 60 percent too much of a fuck about most daily activities...Start not giving a fuck today because seriously, who gives a fuck?
 

Offline Supa

  • Mister Całokształtu 2013
  • *****
  • Wiadomości: 3418
  • Płeć: Mężczyzna
Odp: Jak do tego doszło...
« Odpowiedź #2 dnia: Listopad 25, 2016, 16:16:23 »
Dzięki że podzieliłaś się z nami swoją historią :)
Rozumiem Twoje wszystkie lęki i stan w jakim się znajdujesz. Ja zdawałem maturę mając 19 lat, przechodziłem wtedy przez silną fobię społeczną i dość głęboką depresję.  Na początku 3 klasy liceum stwierdziłem że rzucam szkołę, miałem już dość wszystkiego, byłem zmęczony sobą i ludźmi. Wizyty u psychologa zbytnio nie pomagały, psycholog nawet doradziła mi żebym sobie zrobił rok przerwy i dopiero po nim poszedł do ostatniej klasy. Leki też nie przynosiły większego skutku, z dzisiejszej perspektywy dochodzę do wniosku że bardziej mi zaszkodziły niż pomogły, przynajmniej w tamtym czasie. Chodziłem jak zombie i ludzie z klasy się ze mnie śmiali. Ze szkoły wracałem wypompowany z energii, jakbym wracał po 12 czy 14 godzinnej harówce mimo że poziom tamtej szkoły delikatnie mówiąc nie był najwyższy a nauczyciele tam szli uczniom na rękę, wydaje mi się że momentami nawet aż za bardzo. Zresztą, moim największym problemem nie była nauka. Oznajmiłem to rodzicom i po weekendzie poszedłem tam jak zawsze :)  Też ciężko było mi sobie wyobrazić podejście do egzaminów a zwłaszcza do ustnych, niesamowicie się stresowałem, po wszystkim nawet myślałem że oblałem i chodziłem już lekko zdołowany. No ale okazało się że wszystko zdałem, nie na rewelacyjnym poziomie ale w przedziale 50-60 % z pisemnych, z ustnego angielskiego miałem 70 %, z polskiego 100 %.  Pokazałem samemu sobie że mimo okropnego stanu i tego że większość miała mnie za kretyna mimo wszystko sobie poradziłem. Nie przygotowywałem się do tej matury jakoś długo.  Ledwie kilka tygodni. Przez te 3 lata nie siedziałem nad książkami dużo a będąc precyzyjnym za bardzo to olewałem, miałem pewne zaległości. Nie piszę to dlatego żeby zakomunikować że jestem z tego dumny tylko po to żeby przekazać że mimo tych luk, niedogodności można zdać maturę i nie jest ona taka straszna jak sami to sobie rysujemy. Z tego co się orientuje w temacie matury przez te lata nic się specjalnie nie zmieniło, jeśli chodzi o poziom więc podejrzewam że spokojnie sobie poradzisz.  Nie twierdzę że zdanie matury to jest najważniejsza rzecz na świecie i na tym kończy się życie ale może kiedyś w przyszłości będziesz żałować że nie spróbowałaś :) Może kiedyś, kiedy będziesz w lepszej kondycji będziesz chciała studiować. Poza tym będziesz mogła sobie udowodnić że jesteś w stanie pokonać trudności, może tym się chociaż trochę podbudujesz psychicznie :) No jednak mim wszystko przyjemnie zobaczyć że się zdało :) Nie chce żebyś odebrała mój post jako wywieranie presji na Tobie. Wiem że w takim stanie jest podwójnie czy nawet potrójnie ciężko i wszystko wydaje się bez sensu. Mi się na przykład zdarzało myśleć w 3 liceum że po co mam się męczyć zdając maturę skoro pewnie i tak za jakiś czas odbiorę sobie życie. Jednak tego nie zrobiłem a minęło już całkiem sporo czasu :)
Jeśli jednak podejmiesz decyzję żeby nie podchodzić do testów to też nie ma wielkiego dramatu. Nie ma co też postrzegać ludzi wyłącznie przez pryzmat tego czy ma maturę czy jej nie ma :) W sumie mnie niewiele osób o to pytało w ciągu tych lat a wcześniej sobie wmawiałem że pewnie co chwilę ktoś się będzie o to mnie dopytywał i że się będzie ze mnie śmiał kiedy będę musiał się przyznać że jednak nie zdałem, albo że będę musiał kłamać a i tak może się wyda :D
Nie napisałem tego posta bo bardzo lubię pisać o sobie, bo lubię się użalać nad sobą czy też chwalić ( w sumie nie bardzo wiem czym)  dodałem tego posta w takiej a nie innej postaci bo stwierdziłem że może Ci to pomóc. Wiem, nie ma tam nic odkrywczego, nie ma pogłębionej myśli, genialnych receptur, nie brakuje też banałów. Inaczej nie potrafiłem :)
Pisz w tym wątku na bieżąco, postaramy się podnosić Cię na duchu, może ktoś coś mądrego doradzi albo po prostu będziesz mogła gdzieś to wszystko z siebie wyrzucić :)
« Ostatnia zmiana: Listopad 25, 2016, 16:18:20 wysłana przez Supa »

Offline Sowa_

  • Aktywny użytkownik
  • ***
  • Wiadomości: 243
  • Płeć: Kobieta
Odp: Jak do tego doszło...
« Odpowiedź #3 dnia: Listopad 26, 2016, 08:45:36 »
Spokojnie Iki, przede wszystkim weź głęboki oddech i się uspokój  <przytul>

Dzisiejszy świat na każdym kroku przesiąknięty jest złem. Ludzie zapomnieli o podstawowych wartościach, zaślepiając się ciągłą rywalizacją i udowadnianiem na silę komuś, że są lepsi. Świadczy to tylko o niczym innym jak o ich słabości, by dowartościować się na czyimś tle.

To co się dzieje w szkołach, przebija już wszystkie granice...

Rozumiem, że w takiej sytuacji nie chcesz się tam pojawiać, ale szkoda by marnować ostatni rok.

Może dobrym rozwiązaniem było by się przenieść do szkoły dla dorosłych? W prawdzie nie wiem czy znalazłabyś u siebie w mieście coś  o podobnym kierunku, ale na pewno atmosfera była by o wiele lepsza. Z prawnego punktu widzenia przedstawia się to tak, że jeśli się uczysz (nie ważne gdzie) i do tego nie pracujesz, obowiązkiem Twoich rodziców jest do 24 rok życia zapewnienie Ci pomocy finansowej. Wiele osób o tym zapomina, dlatego też nie musisz się bać, że mama wyrzuci Cie z domu, bo jeśli to zrobi, możesz założyć je o to sprawę w sądzie. A wizyty u psychologa już całkowicie wpłyną na Twoją korzyść.

Wiem, że nie jest to nic przyjemnego, dlatego najlepiej jest się po prostu dogadać.

Pamiętaj, że w razie czego masz wiele możliwości by wybrnąć z bagna, w którym się znajdujesz. Tylko nerwy powodują, ze człowiek o nich nie myśli i dlatego tak ważny w życiu jest spokój.

Trzymam za Ciebie kciuki i w żadnym wypadku się nie poddawaj! Tyle w życiu już przetrwałaś więc i to pokonasz, a w przyszłości będziesz z siebie dumna : )     

Offline Wera33

  • Nowy użytkownik
  • *
  • Wiadomości: 8
  • Płeć: Kobieta
Odp: Jak do tego doszło...
« Odpowiedź #4 dnia: Listopad 26, 2016, 16:12:37 »
Smutne te nasze wszystkie historie...  Ja dopiero nie dawno przyznałam się sama przed sobą że mogę mieć fobie społeczna... Nie diagnozował mnie żaden lekarz ale myślę że tak jest... Nigdy nie byłam jakoś specjalnie towarzyska i pewną siebie ale nie było tak jak teraz.... Gorzej jest od około 3 lat... Mam 32 lata i jestem sama, parę lat temu uciekłam sprzed ołtarza i do tej pory jestem sama, może z,kimś byłoby łatwiej,  z kimś kto by wiedział jak trudno mi skorzystać z publicznej toalety, jak dziwnie się czuję w restauracji i ogólnie w nowych miejscach, jak zaczynam się bać kiedy muszę coś powiedzieć publicznie nawet w towarzystwie 3 osób w pracy, jak nie lubię zmian i nowych sytuacji, jak muszę się napić żeby wyjść z domu na imprezę, jak boję się podróżować sama gdziekolwiek, jak często myślę o śmierci.... Mam za to wspaniałych rodziców,  nie wiedzą oni oczywiście o moich problemach bo nikt nie wie i gdyby nie oni to dawno bym chyba że sobą skończyła... Choć u mnie jest tak że raz jest dobrze a za godzinę cis strasznie ciągnie mnie w dół i nie mam ochoty żyć tak dłużej... Do niedawna nie miałam pojęcia o fobii społecznej i muszę przyznać że trochę ni lżej że nie jestem sama w tym wszystkim i są inni tacy jak ja  :)

Offline Iki

  • Ukryty optymista i kosmit
  • Nowy użytkownik
  • *
  • Miejsce pobytu: Zagranica~~
  • Wiadomości: 8
  • Płeć: Kobieta
  • Pizza~
Odp: Jak do tego doszło...
« Odpowiedź #5 dnia: Listopad 26, 2016, 21:31:34 »
Dziękuję wszystkim za odpowiedzi. Nawet nie wiecie jak to podbudowuje  <lovely>
Wysłałam tego posta mamie i gdyby nie to to mogłoby być dużo gorzej  :'( Na szczęście coś zrozumiała i stara się mi jakoś pomoc jak tylko umie, ale nie chcę jej przeciążać też sobą. Ma już i tak za dużo zmartwień na głowie...


A jaki masz kontakt z chłopakiem? On rozumie jaki masz problem? Wspiera cię?

Na razie, po wczorajszym co się u nas w domu działo, napisałam mu, że chcę trochę odpocząć i dam mu znać za kilka dni. Boję się trochę co może o mnie myśleć, ale widać, że się strasznie martwi też  <vv>

Pisz w tym wątku na bieżąco, postaramy się podnosić Cię na duchu, może ktoś coś mądrego doradzi albo po prostu będziesz mogła gdzieś to wszystko z siebie wyrzucić :)

Dziękuję za twą historię. Na pewno zacznę się tutaj udzielać. Polubiłam te miejsce~

Może dobrym rozwiązaniem było by się przenieść do szkoły dla dorosłych?

Myślę od zmianą szkoły już od drugiej klasy. Najpierw myślałam o zawodówce i nawet próbowałam coś w tym kierunku zdziałać, ale dowiedziałam się, że nie utworzyła się równoległa klasa, więc odpadło. Później chciałam do jakiegoś liceum, bo jednak w technikum ma się też lekcje zawodowe, na których również dużo wymagają, a momentami i więcej. Ale spotkałam się z kategorycznym "nie" od wszystkich wokół, dlatego nie sądzę by szkoła dla dorosłych by przeszła tym bardziej...  <ei29nuda>

Do niedawna nie miałam pojęcia o fobii społecznej i muszę przyznać że trochę ni lżej że nie jestem sama w tym wszystkim i są inni tacy jak ja  :)

Też mi lżej od kiedy dowiedziałam się o fobii, a jeszcze lżej jak znalazłam forum dla takich osób. Sądząc po tym, że od wczoraj unikam również domowników i dostaję ataku paniki, gdy rozpruwam guziki, to na pewno te miejsce zadziała na mnie terapeutycznie. Trza korzystać póki można~~  <nihil>
Co będzie to będzie, ne~?

Offline Sowa_

  • Aktywny użytkownik
  • ***
  • Wiadomości: 243
  • Płeć: Kobieta
Odp: Jak do tego doszło...
« Odpowiedź #6 dnia: Listopad 26, 2016, 21:42:25 »
Ale spotkałam się z kategorycznym "nie" od wszystkich wokół, dlatego nie sądzę by szkoła dla dorosłych by przeszła tym bardziej...  <ei29nuda>

A czemu ktoś ma decydować za Ciebie? To jest Twoje życie i Twoje wybory- jesteś dorosła i nikt nie ma prawa Ci nic narzucać.

Offline Iki

  • Ukryty optymista i kosmit
  • Nowy użytkownik
  • *
  • Miejsce pobytu: Zagranica~~
  • Wiadomości: 8
  • Płeć: Kobieta
  • Pizza~
Odp: Jak do tego doszło...
« Odpowiedź #7 dnia: Listopad 26, 2016, 21:57:41 »
Problem w tym, że ani nie czuję się dorosła, ani na taką nie wyglądam (z wyglądu jak i zachowania). Gdzieś tam przyzwyczaiłam się do tego, że inni decydują i robią wszystko za mnie i nie wyobrażam siebie w roli dorosłej osoby (a wyobraźnię mam bujną).  <vv>
Co będzie to będzie, ne~?