Autor Wątek: [Nie] moja [nie] dorosłość?  (Przeczytany 928 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Offline KinderGirl

  • Nowy użytkownik
  • *
  • Wiadomości: 2
  • Płeć: Kobieta
[Nie] moja [nie] dorosłość?
« dnia: Październik 26, 2014, 16:59:23 »
My wszyscy, którzy tu bywamy, czytamy, zaglądamy, fobicy, nerwicowcy, depresyjni (i pozostałe inne opcje, w tym miejscu nie wymienione) chyba wszyscy w jakiś sposób, w stopniu mniejszym lub większym czujemy się nieszczęśliwi. Czy zastanawialiście się tak dogłębnie dlaczego właściwie tak się czujemy? I czy taki stan umysłu mieliście od zawsze? I co to właściwie jest SZCZĘŚCIE, czuć się szczęśliwym. Czy dużo do tego potrzeba? Czy można w tym tkwić permanentnie? Ja Wam na te wszystkie pytania odpowiedzi nie udzielę, musicie ich poszukać w głębi swoich serc, w meandrach swojej duszy.
Ja myślałam dużo nad tym wszystkim, nad tym czym jest dla mnie Szczęście. A raczej gdzie je zostawiłam... Tzn., ja go nie zostawiłam ale zostało ono tam, dokąd teraz nie mam wstępu, nie mam już powrotu. Otóż Szczęście w takim wymiarze jaki mnie interesuje pozostało w moim dzieciństwie (Kinderland). Jakie było Wasze dzieciństwo? Bo moje było normalne, zwyczajne, a może i na swój sposób niezwyczajne? Moje nie było ani wyjątkowo biedne, ani za bogate. Ale będąc dzieckiem nie myśli się w takich kategoriach. Wychowałam się w domu, w którym nie mieliśmy łazienki, ani dostępu do bieżącej wody. No i co z tego?  W dzieciństwie nie rozmyśla się nad takimi kwestiami. Dla mnie było normalne, że mama kąpie mnie w balii, nie doskwierał mi brak łazienki i wanny z pianą po brzegi w niej. Teraz nie cieszy mnie nawet pięknie urządzona łazienka i fakt, że mogę z niej korzystać do woli...Tzn. jestem wdzięczna za lepsze warunki bytowe, ale też nie jest to powód by skakać pod sufit z radości. W dzieciństwie byle drobiazg pozwala na roziskrzony uśmiech i nieograniczoną radość. Dziecko potrafi cieszyć się z wszystkiego i z niczego można by powiedzieć. Zimowy spacer po świeżo wyściełanych śniegiem chodnikach, lepienie bałwana, jazda na sankach/nartach, obrzucanie śnieżkami. Latem cieszyło wdrapywanie się po gałęziach drzew jak najwyżej, huśtanie na huśtawce zawieszonej w sadku obok domu, plecenie wianków ze świeżo zerwanej koniczyny, zabawa w berka... Każdy ma swoje wspomnienia. Ale dla mnie radość wieku dziecięcego wynikała z drobnych w gruncie rzeczy uciech, takich które w Adultland już nie zadziałają... SZCZĘŚCIE epoki Kinderland wynikało z naszej NIEŚWIADOMOŚCI ŻYCIA. Dziecko jest radosne bo żyje chwilą, bo może się bawić i nie musi zastanawiać się nad życiem. Ono żyje radością, zamiast doświadczać smutnych myśli o życiu. Radość życia dorosłego to chwilowe zapomnienie o dramacie życia w jakim się bierze udział.
Bo dzieciństwo dla mnie to jak dobry sen, z którego nagle w pewnym momencie naszego istnienia zostajemy brutalnie wybudzeni. To jest coś jak skosztowanie zatrutego jabłka z biblijnego zakazanego drzewa poznania dobrego i złego. Od tej chwili zyskujemy świadomość życia. A świadomość ta sprawia ból. Ból na który nie ma ukojenia. Nie istnieje drugie porównywalnie naturalne ukojenie wyzwalające od bólu istnienia jakim było dzieciństwo. Wielu zagłusza ten ból i lęk przed życiem alkoholem, nie brakuje szukających znieczulenia w narkotykach, są tacy, którzy szukają "uleczenia" od tego bólu w środkach farmakologicznych, psychotropowych, psychoterapii, religii, hazardzie, seksie, wirtualnych grach etc., można by wymieniać bez końca.
Co fajnego jest w dorosłości? To jest koniec beztroski, a czas epoki "muszę". "Muszę": iść do jakiejś szkoły/na studia, zdobyć zawód, nabyć jakieś kompetencje, MUSZĘ iść do pracy, MUSZĘ zarabiać, MUSZĘ założyć rodzinę, MUSZĘ być odpowiedzialna, zaradna, doskonale godzić role matki, żony, pracownicy, MUSZĘ sprzątać mieszkanie, nieważne jak bardzo tego nie znoszę i nie mam na to ochoty, MUSZĘ udawać że interesują mnie jakieś bełkoty sąsiada emeryta i z uśmiechem kiwać głową...
PRACA... póki co to jest największe piekło życia. Dla niektórych być może piekłem jest jest jej brak, ale dla wielu co pracują jest piekłem w którym spędzają czas na własne życzenie. Bo to nie do pomyślenia nie pracować. Kto ma nas utrzymywać, nie wypada być darmozjadem. Wstyd i hańba. Nie każdy też może pozwolić sobie na luksus bycia darmozjadem. Jaki jest sens pracy? Wielu pracuje za grosze. Czy są warci tyle na ile opiewa ich wypłata? Pracujesz, dzięki temu masz co jeść, by mieć siłę następnego dnia w robocie i stać Cię na odzienie, by mieć w czym pracować kolejny dzień. I tak w kółko. Ci, którzy pracujecie, nie czujecie się niewolnikami pracy? Nie dopieka Wam ból przymusu uczestnictwa w powszechnym wyścigu szczurów? Nie czujecie się zmuszeni co dzień udowadniać, że potraficie "stawać na rzęsach" i "klaskać uszami"? A może ja nie mam ochoty brać udziału w konkursie "jestem najlepsza we wszystkim", chcę zwyczajnie pracować, niczym się nie stresować, mieć spokojną głowę, po prostu pracować a nie brać udział w upiornym wyścigu szczurów. Może nie nie jestem najlepsza, ale jestem mimo to wartościowym człowiekiem. Może i jestem dorosła, ale czy pytał mnie ktoś o zdanie czy chcę brać udział w grze w dorosłość? Co się stało z moim beztroskim dzieciństwem? Kto był tak bezczelny mi je zabrać?
PRACA=PIENIĄDZ. Świat dorosłych = świat pieniądza. Wszystkie te moje bolączki byłoby w stanie rozwiązać drzewo z którego codziennie można by zrywać pieniądze. Nie dużo, tyle by wystarczyło na to co jest potrzebne. Bo mając pieniądze nie trzeba chodzić do pracy. Czyli prawie jak w dzieciństwie  :] Czy też tak jak ja uważacie, że źródłem szczęścia jest beztroskie dzieciństwo?
Jak uwierzyć, że będąc dorosłym można być równie szczęśliwym jak w dzieciństwie?

Alien

  • Gość
Odp: [Nie] moja [nie] dorosłość?
« Odpowiedź #1 dnia: Październik 26, 2014, 20:15:06 »
,
« Ostatnia zmiana: Luty 24, 2017, 00:08:42 wysłana przez Alien »